pogoda



share

Od 1989 roku w Polsce była tylko jedna debata między politykami, która zmieniła wynik wyborów. Było to słynne podawanie nogi zamiast ręki, czyli prowokacja komunisty Kwaśniewskiego wymierzona w TW „Bolka”. Gdy się dobrze zastanowić to i tamten pionierski wyczyn nie miał żadnego znaczenia, bo obaj debatujący byli i są takimi samymi szkodnikami politycznymi. Chodzą pogłoski, że drugie przełomowe wydarzenie wyborcze to: „po czemu kury, ziemniaki i jajka”. Te donosy są jeszcze większą przesadą. Kto ma ochotę niech sobie obejrzy pojedynek Tuska z Kaczyńskim po latach, a zobaczy jak na dłoni, że zgranymi, szczeniackimi zabiegami, ryży i fałszywy z udziałem mediów ogłosił zwycięstwo. Owszem wizerunkowo doszło do faulu na Kaczyńskim, ale ten cyrk na pewno nie przesądził o porażce PiS, która już wtedy była dawno przesądzona. W 2007 roku na PiS poszła taka fala gnojowicy, która zmywała każdy przejaw prawości i przyzwoitości, dość wspomnieć melodramat z udziałem Sawickiej.



share

Pan Ignacy Lajkonik wyszedł pewnego ciepłego, majowego popołudnia z bloku pani Chandry. Udawał się do swojego domu, który ostatnio - wstyd powiedzieć - zaniedbywał. Ale nikogo to nie dziwiło, ponieważ po powrocie Chandry z Indii uczucie pomiędzy dwojgiem bohaterów rozkwitało, a strzały Amora miały ten efekt uboczny, że znakomicie rozpraszały pana Lajkonika, przynajmniej jeżeli chodziło o codzienne obowiązki. Na szczęście pan L. dawał sobie radę z pracą, ale już z całą resztą, która nie dotyczyła pani Chandry - nie bardzo.



share

Było pogodnie. Kolejny słoneczny sierpniowy dzień, jakich wiele. Jak co roku wypoczywałem wtedy na Mazurach, włócząc się wraz z córką po Szlaku Wielkich Jezior. Mała żaglówka, dwoje zgodnych ludzi, woda i słońce – to nasz ulubiony sposób spędzania urlopu.

Jednym z warunków pełni szczęścia dla żeglarza jest wiatr. Niedobrze, gdy jest zbyt silny – lepiej wtedy nie wypływać w trosce o przetrwanie. Równie źle, gdy jest zbyt słaby – choć do przetrwania wtedy wystarcza cierpliwość. Ten dzień był właśnie taki: wiatr powiewał, zamierał, znowu powiewał, nie za bardzo mogąc zdecydować, skąd. Płynęliśmy przez długie i wąskie jezioro Jagodne na południowy zachód, w stronę kanałów. Rano miałem nadzieję, że jeszcze tego dnia do nich dojdziemy, ale z każdą godziną nadzieja ta topniała w narastającym skwarze.