patriotyzm



share

Zimna obojętność

O Holocauście mówi się często, że mógłby przybrać mniejsze rozmiary, gdyby państwa zachodnie, a w szczególności mocarstwa anglosaskie, podjęły stanowcze kroki w celu powstrzymania niemieckiego ludobójstwa. Jacek E. Wilczur, twórca artykułu „Nie wszystko dotąd powiedziano o nieludzkiej bierności wobec zagłady”[1], opisał haniebną postawę władz Stanów Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, które nie reagowały na dostarczane przez Polaków raporty dotyczące tragedii Żydów. Według autora, Związek Walki Zbrojnej, przemianowany później na Armię Krajową, nieustannie przekazywał rządowi emigracyjnemu w Londynie informacje o zbrodniczych poczynaniach Niemców i ich sojuszników. Komunikaty te – wraz z prośbami o zbombardowanie torów kolejowych prowadzących do obozów zagłady – były później dostarczane rządom alianckim.



share

Często przedstawiałem się jako odmieniec, który uważa, że popkulturowe zjawiska powiązane z patriotyzmem nie są niczym szkodliwym i przy odpowiednim zastosowaniu doskonale uzupełniają patriotyzm właściwy. Reguła sprawdza się doskonale, powstały mody na flagi narodowe i mit Powstania Warszawskiego, a to znacznie pożyteczniejsze zjawiska niż antypolskie paszkwile latami rozprowadzane w ośrodkach propagandowych. Lepiej, gdy normą staje się pożyteczny kicz niż szkodliwa tandeta, ale wyjątki musiały się pojawić. Wyjątkowa okazała się Ewa Kopacz, która w ramach łatania dłubanki „obywatelskiej” postanowiła sprzedawać chińskie koszulki z napisem „Kocham Polskę”. Oczy mnie zapiekły i uszy zabolały, zwłaszcza po kilkukrotnie wypowiedzianym synonimie „Tenkraj”. Jeśli nawet przyjąć, że wszystko jest na sprzedaż, to i tak nikt nie kupi środka na odchudzanie od stupięćdziesięciokilogramowej baby czy recepty na trądzik od pryszczatego dermatologa.



share

Tekst o Orbanie był infantylny, emocjonalny i pozbawiony merytorycznej oceny. Czy ten pakiet recenzencki coś przypomina? No mnie bardzo, a najbardziej poranne sms-y do członków partii kierowane z centrum politycznego. Zacznijmy od podstaw, bo jak widzę i czytam, hasłowość i właśnie infantylność, w połączeniu z kibicowaniem, przykurzyła rozumy nawet wybitnie inteligentnych ludzi. Z jaką sytuacją mamy do czynienia i kto bierze udział w grze? Po jednej stronie klęczy przywódca małego 10 milionowego kraju, po drugiej siedzi car Rosji Radzieckiej. Obaj gracze skupieni wokół stołu zaczynają rozmawiać o interesach. Jaki biznes miał do zrobienia Orban? Tutaj zaczyna się pierwszy dramat i śmieszność kibiców Orbana. Otóż ten geniusz Balatonu miał do załatwienia, w skali interesu narodowego, absolutny banał. Chodziło o głupi kontrakt gazowy na kilka lat za głupie trzy miliardy. Putin wziął ze sobą tylko ten jeden argument, resztą mu się nawet nie chciało grać.

Strony