marsz



share

Wystarczy popatrzeć na scenariusz zdarzeń, aby wiedzieć, że jest to rzecz idealnie spisana i odegrana pod Prezesa PiS. Bóg jedyny wie jaka łaska spadła na Kaczyńskiego, że podjął jedyną słuszną decyzję i nie dał się wciągnąć na plan inscenizacji, ale gdyby się dał wepchnąć w kadr, to największy grafoman dalsze sceny dopisałby idealnie. Płonie tęcza zboczeńców, płonie ruska budka na terenie ambasady, łysi biją lewackich „bezdomnych”, a w opuszczonej ruderze są dzieci. Na wszystko patrzą najznamienitsze delegacje z całego świata, które obradują jak uratować Ziemię gasząc światło w Polsce. Nie ma rady, wojsko musi wyjść na ulice i uratować nie tylko podpaloną przez Kaczyńskiego Polskę, ale ma obowiązek ratować świat zgromadzony na stadionie z dachem. Taki Psycho Killer był przygotowany i końcową sceną byłaby skrzywiona twarz Kaczyńskiego z uniesioną w górę ręką, na tle płonącej Warszawy.



share

Wiem, wiem, niespecjalnie lubi się takie teksty, które na starcie nie pozostawiają złudzeń, będzie krytycznie, ale konstruktywnie. Lubić się nie lubi, za to chętnie się wypisuje o zdradzie i przeszłości autora, który się zdemaskował. Niech będzie i nawet powiem więcej, ze wszystkich tekstów oraz paszkwili, jakie w swoim czasie pod adresem Jarosława Kaczyńskiego popełniłem, tekst o jego przeszłości opozycyjnej nie stracił na aktualności. Próba uczynienia z Jarosława Kaczyńskiego lidera opozycji PRL jest zwyczajnie żałosna i niczemu nie służy, niczemu poważnemu. Jarosław był szeregowcem, w najlepszym razie, do tego sam się spalił w roli bohatera, dając legendarny wywiad „wstałem w południe i nie wiedziałem co się dzieje”. Zupełnie inaczej mają się sprawy z Lechem Kaczyńskim, tutaj z kolei skrzywdzono śp.



share

Wyłamuję się ze swojej niezłomnej zasady i zacytuję życie rodzinne. Pomyślałem sobie, że spytam młode pokolenie, no i spytałem. Krzyczę: „Chodź, chodź, zobacz”. Przyszła z jedenastoletnim bagażem życiowym i pyta: ”Ale co?”. Pokazuję palcem na telewizor: „No to!”. Konsternacja, a potem odpowiedź: „Które, gdzie?”. Z mojej strony zadowolenie i powtórzenie: „No tamto, patrz!”. Ponowna konsternacja: „To? No i co? Stoją sobie”. Tak sobie właśnie stali i patrzyli na koguty radiowozów puszczające sygnały w nieboskłon. Niemal natychmiast skojarzyło mi się marzenie brytyjskich, hiszpańskich i greckich służb prewencyjnych. Wychodzą służby na ulice, widzą na czele pochodu jakichś dziesięciu z zimnymi ogniami i krzyczą przez megafon: „Stop! Będziemy robili interwencję”. Tłum staje, jednostki prewencyjne guzdrzą się ponad godzinę z usunięciem dziesięciu wojowników z zimnymi pochodniami, poczym 50 tysięcy ludzi rusza dalej w „awanturniczym”, radykalnym marszu.

Strony