Kwasniewska



share

Schematy medialne dostosowane do postaci, nie do faktów, to jest coś czym wszyscy są bombardowani na co dzień. Weźmy taki pierwszy z brzegu schemat, który precyzyjnie określa kiedy nie wolno mówić o bohaterze afery i o samej aferze, aż do prawomocnego wyroku, a kiedy wolno wydawać wyroki przed postawieniem zarzutów przez prokuraturę. Jedynym kryterium schematu jest nazwisko, no i od razu narzuca się nazwisko Banasia, prawda? Podejrzany, oskarżony, osądzony i skazany, przed niezawisłym i niezależnym sądem pierwszej instancji GW i prawomocnie przed sądem najwyższym TVN.



share

Wszystko to nie jest takie proste, jak się pozornie wydaje. Łatwo stawiać popularne tezy, ale w przypadku głosowania nad immunitetem Mariusza Kamińskiego, co najmniej kilka, jeśli nie kilkanaście wyjaśnień da się zaprezentować od ręki. Zacznijmy jednak od początku. Teoretycznie prokuratura żądała uchylenia immunitetu za trzy sprawy. Pierwsza to reklamówka, którą odebrała w knajpie Ukrainka tańcząca na rurze, niejaka Ołena Marczuk. Druga ściśle powiązana z pierwszą dotyczyła prezesa Wydawnictw Naukowo-Technicznych Bogusława Seredyńskiego. No i wreszcie trzecia, chociaż najważniejsza afera, z Olusiem Kwaśniewskim i Jolką Kwaśniewską na czele, a z „Jaśkiem” Wołkiem w tle. Warto i trzeba w tym miejscu przypomnieć kilka cytatów, nie jakiegoś tam „pisowskiego faszysty”, ale kumpla od szklany towarzysza Aleksandra Kwaśniewskiego, samego Józia Oleksego:



share

Już na wstępie chce się napisać jaka gazeta taki trotyl, ale rzecz jest znacznie szerzej zabawna i pokazuje więcej niż jedną niemoc bulwarówki z Czerskiej. Dobrze nie pamiętam, bo ledwie zerkałem na wysiłki GW, ale kilka dni na pewno wywalali na czerwono „news dnia” – Agent Tomek toples. Raz jeden kliknąłem na zdjęcie, by się upewnić co się kryje w treści, zmęczyłem w mozole akapit bulwarowej plotki i dałem sobie spokój. Czerwone dni GW pochłonęły środki, wysiłki i zaangażowały wszelkie towarzyskie kontakty, by podrzucić temat w zaprzyjaźnionych ośrodkach propagandy. Efekt? Precyzyjnie i bez sentymentów oceniając – żaden, ale z litości można rzucić jałmużnę i przydzielić ocenę mierną. Nie zajmowałbym się tym spektakularnym przypadkiem porażki dziennikarskiej gdyby nie wspomniane, ciekawe zjawiska towarzyszące przedsięwzięciu.

Strony