Giertych



share

Gdy dzisiaj przeczytałem wiadomośc o przygarnięciu Kamińskiego przez PO nie wierzyłem własnym oczom , toż to akt rozpacziwej desperacji aby partia postępu ustawiała na czele jednej ze swoich list czołowego polskiego pisowskiego faszystę.
Już widzę pianę na mordach elektoratu POlszewików ,co prawda stado to  jest wytresowane w imię zasady ein Partei , ein Furer , ein  Tusk , ale tego już jest chyba za wiele.
Jak nisko ceni sobie własnych wyborców Tusk pokazała ta kandydatura , co prawda  osoba "miśka" jest oswajana lemingom  w cotygodniowych szkoleniach z udziałem Morozowskiego vel Mordki w TVN24 ale  jednak nie dało to oczekiwanego rezultatu.
Tym razem  elektorat PO się wściekł i to nie na żarty. Przeczytałem na kilku portalach protuskowych istną falę " narastająceo wkurwienia" a myśl przewodnia jest jedna ; oto straszyłeś nas Donald Pisem a teraz najgorsze pisowskie męty wpychasz na jedynki list wyborczych???!!!!



share

Romek Giertych, mecenas wierchuszki PO, dokonał prymitywnej sztuczki prawnej i wyszedł z tego groźny komunikat: „Żądamy od Wprost 30 milionów oraz zakazu tytułu”. Stankiewicz, przytomny dziennikarz, który wprawdzie jest dziennikarzem pół na pół, ale jak na polskie realia można go nazwać przyzwoitym, wyjaśnił na czym sztuczka polega. Proces cywilny przy żądaniu zadośćuczynienia wymaga kaucji i nie są to kwoty bagatelne, ponieważ stanowią procent sumy, której domaga się powód. W przypadku 30 milionów Nowak musiałby wyskoczyć co najmniej ze 100 tysięcy, co z kolei dałoby do myślenia kolejnym tytułom prasowym i mediom, jakie one by nie były. Aby uniknąć podobnej, uczciwej ścieżki prawnej, mecenas Giertych zwrócił się do sądu o zabezpieczenie 30 milionów w firmie Wprost, ponieważ na taką kwotę klient z mecenasem szacują koszt zamieszczenia przeprosin we wszystkich poważnych gazetach, stacjach radiowych, portalach internetowych i telewizjach. Sprytne prawda?



share

Obiecałem i słowa dotrzymuję, daję sobie i wszystkim odpocząć od sprawy sadowej, niech mi jednak będzie wolno przypomnieć pewną okoliczność, niezwiązaną bezpośrednio ze procesem, jednak naocznie pokazującą zaistnienie, bądź też uziemienie, warunku brzegowego dowolnej medialnej sensacji. O procesie blogera, w który aż się roiło od medialnych frykasów dowiedziały się gminy i powiaty, mnie ten stan w żadnym stopniu nie martwi, ponieważ potwierdza dwie rzeczy: trędowatość blogera i wbrew pozorom siłę rażenia treści. Proszę sobie wyobrazić taki oto stan medialnej wrzawy: „Forma może nie ta, ale powinniśmy otworzyć dyskusję, czy w Polsce rzeczywiście występuje coś takiego jak gwałt na społeczeństwie w warunkach kryminalnych i ktora recydywa gwałci”. Najłagodniej i najbardziej eufemistycznie jak się da zaproponowałem temat „debaty publicznej” i wiadomo, że nie ma szans, aby tak postawiony problem mógł konkurować z „kure…m”, czy też „ona chce być zgwałcona dla mnie”.

Strony