debata



share

Nie oglądałem, bo nie do mnie kierowane były te prostackie hucpy górnolotnie zwane debatą. Ponoć w poniedziałek Szydło zmiażdżyła Kopacz, we wtorek zmiażdżona Kopacz dawała odpór swej miażdżycielce, Kukizom, Korwinom i całej pozostałej hałastrze. Petru przyniósł bumagę, dobrze, że zlewu nie reprezentował Palikot, bo pewnie by przylazł ze swińskim ryjem (a co - maskę miał na łeb założyć???) i jakimś młotem pneumatycznym w wersji soft, wibratorem zwanym.
Zandberg!
Zandberg!!
Zandberg!!!
A ja myślałem, że Berga jednak z Legii pogoniono.
Ale Zandberg nie z Norwegii, tylko z Danii pochodzi.
Jak go zwał, tak go zwał - nowa twarz prawdziwej NIEKOMUNISTYCZNEJ lewicy ujęła się za prekariuszami.
Ok!



share

Mogłem napisać dzisiejszy felieton w ciemno, jako gotowca, ale z głębokiego szacunku dla Czytelnika poczekałem na koniec debaty, aby potwierdzić tezy sprzed wielu dni. Najmniejszego zaskoczenia, obie rywalki pokazały co potrafią i czego nie potrafi jedna z nich. Gadać każdy może, co ślina na język przyniesie i z taką papką słowną wystąpiła Kopacz, te same zgrane frazy, ta sama chaotyczna gestykulacja, pisk zamiast głosu i roztrzęsione wywody. Beata Szydło mówiła konkretami, powtarzając wielokrotnie proponowane rozwiązania, celniej ripostowała i sprawiała wrażenie poukładanej kobiety, z predyspozycjami do zarządzania dużym projektem. Mówiąc krótko Szydło połączyła cechy technokraty, w najlepszym tego słowa znaczeniu i medialnego, poprawnego, przygotowania. A Ewka, jak to Ewka cały czas trzymała za siebie kciuki, żeby dotrwać do końca i to był jej największy sukces, że dotrwała.



share

Ufffff...dużo tych rzeczy, ale żadna nie od rzeczy.
Nemanja Nikolić strzela w Legii jak na zawołanie, w poznańskim klubie powiadaja, że "wicie, rozumicie" obserwowaliśmy go na Węgrzech od roku, ale nam nie pasował do KONCEPCJI zespołu. Fakt - Lech to zupełnie inny (sportowy, mentalny i organizacyjny) poziom....
Tak śmieszne, jak cały Lech (Amica wlaściwie - bo na jej kwitach egzystuje klub z Poznania) z ich "majstrem" i innym "kolejorzem". Ponoć różnić należy się pięknie, ale jakoś chlubie Wielkopolski ciężko cieszyć się własnymi przymiotami bez ciagłych odwoływań do znienawidzonego klubu ze "wschodniej", "wsiowej" i "słoikowej" Warszawy.
A gdyby tak skasować połączenie kolejowe Poznań - Warszawa, czym by do roboty w tej słoikowej Warszawie wielkomiejscy poznaniacy tydzień w tydzień przyjeżdżali?
Jest takie coś jak lokalny patriotyzm - ponoć jest, bo jakoś poza prowincjonalnym partykularyzmem trudno cokolwiek innego zauważyć.

Strony