choroba



share

Pewnie, że będę prezentował kolejną spiskową wersję wydarzeń, a tak naprawdę wywalał kawę na ławę. Jarosław Kaczyński pojawił się na kongresie Solidarnej Polski i wsparł Zbigniewa Ziobro. Działo się to w tym samym czasie, gdy Czerepach i były Andrzej Duda leczyli kompleksy i truchleli przed połajankami Agaty wspomaganej przez Zofię. Takie pospolite lęki chłopięce, niestety ze szkodą dla spraw najwyższej wagi. Tak, czy siak, komunikat ze strony Kaczyńskiego poszedł jasny i dobitny. Jaki by ten Ziobro nie był, ile ambicji by w sobie nie miał, to po pierwsze nie zaszkodził sprawie, po drugie w każdej chwili, na wypadek erupcji wody sodowej, jest do odwołania.



share

Z chwilą, gdy TVN i GW ogłosiły powrót „legendy Solidarności” na barykady, ludność podzieliła się na trzy grupy. Najgorszy sort oczekiwał cudu i milionów na ulicach, normalni Polacy spodziewali się pełnego blamażu Bolka Wałęsy albo dezercji. Dziś już wiemy, że wygrała grupa ostatnia, bo pan Bolek postanowił się dyplomatycznie rozchorować. Z chorobą żartów nie ma, wypada zatem życzyć szybkiego powrotu do zdrowia, co niniejszym czynię. Obawiam się jednak, że tutaj bardziej chodzi o zdrowie psychiczne niż fizyczne i z tej przyczyny ozdrowienia na stare lata bym się nie spodziewał. Tak, czy inaczej następna nadzieja III RP padła, leży i kwiczy. Z fałszywych autorytetów został tylko „Jurek”, ale i on ciężko pracuje na ostateczny upadek.



share

Poprzez środki masowego przekazu dotarłem do jakiegoś donosu Michnika, który miał popełnić w niemieckiej gazecie, co samo w sobie dziwnym nie jest. Tak samo dziwne nie jest, że żydowski komunista z dziada pradziada uprawia swoją internacjonalistyczną demagogię, mnie to już ani nie rusza, ani nie skłania do odnalezienia źródła, nim się na temat donosu wypowiem. Jest jednak coś, co mnie dziwi i cieszy jednocześnie, mianowicie tak się tragikomicznie składa, że Michnik we własnej gazecie najwyraźniej wymienia kostki zapachowe w kiblu, bo ciężko o jakikolwiek inny ślad jego obecności. Normalnie sprawy wyglądają tak, że „legenda” dziennikarstwa, współwłaściciel i chyba ciągle naczelny albo jakaś inna szara eminencja redakcji, bryluje na pierwszych stronach. Michnika nie widać, nie słychać i tym sposobem nie czuć w GW w ogóle. Od wielkiego dzwonu coś tam się pojawia, ale to zwykle jest artykulik mdły, przeżuty dokumentnie przez tę samą frazeologię.

Strony