cena



share

Konsekwentnie bronię się przed stygmatami „bloger”, „blogosfera”, „blogowanie”, tak jak się bronię przed wszelką nowomową i innymi makaronizmami. Nie ma nic nowego w powyższych zjawiskach, poza nośnikiem. Od 1989 roku, jeśliby się komuś chciało mógł kserować swoje dzieła po 20 gr. od strony i rozdawać na bazarach, czy później w hipermarketach. Niczym innym, wbrew wszelkim bogatym analizom socjologicznym, jest blogowanie. Tanie, łatwe, powszechnie dostępne, czyli zwyczajnie nośnik, tak zwana materia, zdecydowała o zjawisku. Można podważać tę buńczuczną tezę, ale na starcie zadałbym jedno kontrujące pytanie. Czy ludziom od Internetu przybyło talentów? Proszę mi z łaski swojej pokazać jednego blogera, który został wielkim autorem i mam na myśli wielkość miary choćby Mrożka, bo o Dostojewskim nawet nie wspominam. Nie ma takich i to jest najbardziej bolesne pozbawienie złudzeń, owszem zrobiło się nagle masowo, ale nic z tej masy dla najwyższej jakości nie wynika.



share

Popełniłem tekst na temat wałkowany, ale dałem sobie spokój z publikacją, bo nagle pojawił się temat niezwykle interesujący, który jest jednocześnie testem na osławionego leminga. Przeciętny zjadacz kanapek od Mc Donalda nie odróżnia podstawowych przeliczników z kwotami brutto i netto w tle oraz wiążącymi się z tym konsekwencjami dla portfela. Sam też nie jestem jakimś wielkim orłem, przeliczanie emerytur z netto na brutto, czy też zwykłe wypełnianie PIT-u przyprawia mnie o pulsującą żyłę na czole, jednak podstawy swoim humanistycznym łbem ogarniam. Zacznijmy od banału, przynajmniej tak się niektórym wydaje, bo daję głowę, że większość liczyłaby kwoty netto i brutto zwykłym przelicznikiem 23%, a to oczywiście błąd. Jaka będzie kwota brutto od 1 PLN? Tutaj rachunek jest prosty 1,23 PLN, a w drugą stronę? Jeśli mamy 1 PLN brutto, to z jakiej kwoty netto narodziła się złotówka?



share

Jak się nie ma co się lubi, to się żuje, co się ma. Indolencja opozycyjna PiS jest irytująca nie mniej, niż irytuje propaganda sukcesu, bo jedno i drugie nic mądrego nie przynosi. Na tym bezrybiu pojawił się jednak kiełb, który się nazywa „In vitro”. Szczerze mi powiewa ten spór w kontekście rynku idei, chociaż, jak w każdej sprawie staram się o zachowanie rozumu i już na pierwszy rzut rozumu widzę, że mamy walkę o wierzenia nie o człowieka. 30% skuteczność, przy skali „produkcji”, z której więcej niż połowa idzie w odstawkę, to raczej nie jest nauka, to są jakieś eksperymenty laboratoryjne z marnymi wynikami.

Strony