burza



share

Pan Ignacy Lajkonik stał na balkonie i z niepokojem nasłuchiwał odległych jeszcze grzmotów i dudnień nadciągającej burzy. Ostatnie doświadczenia w tym względzie nauczyły go jednego: kiedy tylko słychać, że zbliża się nawałnica, należy w podskokach obiec mieszkanie i pozamykać wszystkie okna i lufciki. Inaczej do środka może dostać się deszcz (pół godziny wycierania, sześć ścierek do suszenia), grad (poślizg i bolesne stłuczenie miejsca, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę), a nawet niewielkie tornado (dwie godziny żmudnego rozplątywania kabli i zasłonek oraz sortowania pomieszanych maszynopisów, ale po stronie plusów – nareszcie porządnie potasowana talia kart). Mieszkanie pana Lajkonika wyglądało tak czasem po wizycie kuzynki Euforii, ale po pierwsze kuzynkę dało się ugłaskać – czego o burzy powiedzieć nie sposób – a po drugie tej wiosny Euforia nawiedzała pana Ignacego nieporównanie rzadziej niż gwałtowne zjawiska atmosferyczne. Co sobie zresztą bardzo chwalił.



share

Osobista tragedia Jarosława Kaczyńskiego na pewno przedłuży flautę na scenie politycznej, którą obserwujemy od kilku dobrych tygodni. O dziwo nie ma dramatycznych pytań gdzie jest Jarosław Kaczyński i wcale ta cisza nie wiąże się ze śmiercią matki prezesa PiS, ale trwa od dłuższego czasu. Wiadomo jednak, że wszystko się kiedyś kończy i można postawić spore pieniądze, że za chwilę będziemy mieli wymianę ciosów. Prawo i Sprawiedliwość wyprowadzi prawy prosty z konstruktywnym wotum nieufności, natomiast PO jak zwykle ustawi koalicyjną gardę i lewym sierpowym zaatakuje Kaczyńskiego Trybunałem Stanu. Taki scenariusz jest niemal pewny i co gorsze zapowiada się na podwójne zwycięstwo PO. Sejmowe komentarze kipią od plotek, że PSL ubije interes z Tuskiem i podniesie łapki za TS, naturalnie cena ta sama co zawsze – bieżące interesy chłopskie.



share

Pan Ignacy Lajkonik był w siódmym niebie. Nie dość, że spędzał wakacje w jednym ze swoich ulubionych miejsc, to znaczy w gospodarstwie pani Moniki i pana Tadeusza, gdzie zawsze był mile widziany, nie tylko ze względu na bliskie pokrewieństwo z gospodynią, ale także na gotowość do pomocy przy większości prac, to jeszcze pani Chandra skończyła chwilowo załatwianie wszystkich spraw, które miała do załatwienia, i udzieliła sobie sama urlopu. Pan Ignacy popędził więc na dworzec w prysiudach, mimo że samochodem, przywiózł panią C. do domu, udekorowanego specjalnie na tę okazję bukietami świeżych polnych kwiatów – i właściwie nic już więcej do szczęścia nie potrzebował. No, może tylko tyle, żeby ta chwila trwała wiecznie (pan Goethe z zaświatów sceptycznie pokręcił głową).

Strony