budżet



share

Uwielbiam kuchnię polityczną, która jest całkowitym zaprzeczeniem medialnego bełkotu. Od czasu do czasu udaje mi się pozyskać wieści z tego tajnego miejsca, ale częściej procesy poznawcze mają charakter poszlakowy. Zdarza się też, że chociaż do kuchni nie ma wglądu, to specyficzne zapachy nie pozostawiają wątpliwości co lub kogo się akurat gotuje. Cały czas mamy na tapecie żałosny protest w sejmie i wszyscy się zastanawiają, jak z tego wyjść. Wszyscy oprócz Jarka Kaczyńskiego, który się nie zastanawia, tylko bawi opozycją. W każdej sytuacji kryzysowej, choćby miała cechy komedii, a właściwie szczególnie gdy ma takie cechy, jedynym rozwiązaniem jest tak zwane wyjście z twarzą. Rozróżniamy dwa rodzaje tej procedury, japoński i Fair Play.



share

Niesamowitych cudów ciąg dalszy. 500+ miało rozwalić tegoroczny budżet, a w przyszłości doprowadzić państwo do bankructwa. Setki „liberalnych” głów zapowiadało klęskę za katastrofą, bo socjaliści dorwali się do władzy. Tymczasem minął sierpień, czyli 8 miesiąc roku budżetowego i okazuje się, że Ministerstwo Finansów przedstawiło dane z wykonania budżetu państwa, które wskazują na najniższy deficyt budżetowy od siedmiu lat. Wykonanie budżetu po sierpniu 2016 r. w stosunku do planu budżetowego na 2016 r. zaskakuje nie tylko obniżeniem deficytu, ale skalą tej obniżki. W liczbach wygląda to następująco: dochody 214,5 mld zł, tj. 68,4 %, wydatki 229,5 mld zł, tj. 62,3 %, deficyt 14,9 mld zł, tj. 27,3 %. Innymi słowy deficyt budżetu państwa po sierpniu 2016 r. wyniósł 14,9 mld zł, czyli zaledwie 27,3% wartości planowanej. W sumie w kieszeni wszystkich Polaków zostało 11,0 mld zł więcej niż po sierpniu 2015 r. (25,9 mld zł).



share

Alergicznie reaguję na hipokryzję i dulszczyznę prosto z magla. Przy takich uprzedzeniach cierpienia są niemałe, bo Internet to w pewnym sensie jeden wielki magiel, ale jakoś daję sobie radę. Jak? Śmiechem! Szczerze mnie bawią pełne oburzenia głosy komentujące polityczną „obyczajówkę”, bo nie da się tego traktować poważnie. Trzeba nie znać historii Polski i nie mieć telewizora, czy komputera w domu, żeby się święcie oburzać gestem lub słowem nieparlamentarnym. W czasach świetności I i II Rzeczypospolitej jakieś tam pokrzykiwanie, czy palców wystawianie na sali sejmowej było normą. O innych kulturach parlamentarnych nie warto wspominać, o ile się w mordę nie chce dostać. Nie jestem w stanie zmusić się do jakiegokolwiek oburzenia, czy zawstydzenia pod wpływem nieparlamentarnych zachowań, o ile te nie dotyczą kwestii fundamentalnych dla państwa i narodu.

Strony