armia



share

Historie alternatywne najczęściej są irytujące, sensacyjne lub po prostu głupie. Mają jednak jedną siłę, której nie sposób podważyć, nijak nie dają się weryfikować. Autorzy takich pseudo historycznych wywodów pozostają w pełnym poczuciu własnej genialności, bez względu na stopień głupoty, jakim się popisują. Nie tak dawno wielkie zamieszenie wywołał pewien „endek”, publicysta i pisarz, który zalecał II Rzeczypospolitej sojusz z Hitlerem, co miało nam zapewnić polityczne bezpieczeństwo w czasie II Wojny Światowej i być może pokonanie bolszewików siłami polsko-niemieckimi. Dziś tych bzdur już nikt nie traktuje poważnie i przypuszczam, że sam autor również, jeśli nie przede wszystkim, chciałby o swoim dziele zapomnieć.



share

Jestem klasycznym partyzantem, który marzy o takim uzbrojeniu i warunkach bojowych, jakie ma regularna armia. Odnosząc to porównanie do konkretów, pragnę przywołać kilka wstydliwych uczuć, które mnie ogarniają: zazdrość, złość, frustracja. Wszystkie emocje wywołane są jednym faktem. Ech! Gdybym miał takie narzędzia pracy, jakie mają posłowie opozycji albo chociaż dziennikarze niezależni. Strach pomyśleć, co by się działo, być może ze mną, a być może ze wszystkimi nietykalnymi, którzy w świetle kamer wcielają się w ofiary i kaznodziejów na przemian. Nie mam niestety takich możliwości, ale śmiem twierdzić, że miewam dużo ciekawsze efekty i przede wszystkim wygrane bitwy, chociaż staję do boju ze zdobycznym poniemieckim karabinem, przeciw czołgom i armatom. Każde wskazanie przewagi przeciwnika jest warunkiem koniecznym, aby przyjąć odpowiednią technikę walki, ale bardzo często zamiast boju pojawia się usprawiedliwienie i dekowanie. No co mamy zrobić?



share

W związku z propagandową defiladą ludowego wojska i sprzętu z demobilu, we wszystkich „niepokornych” mediach lawinowo pojawiły się analogie, tematem numer jeden jest: „Co pisała GW w 2007 roku”. Wtórność i jałowość tych komentarzy to najbardziej dobitne podsumowanie sedna sprawy, którym jest polski dramat, przemilczany zewsząd. W 2007 roku pisałem mniej więcej tak samo, jak Wyborcza, no może z większym polotem i pasją, bo oni klepią w klawiaturę dla srebrników. Dziś pominąłbym kilka nieuczciwych i prymitywnych uwag pod adresem śp. Lecha Kaczyńskiego, ale ocenę stanu naszej „armii” z litości mógłbym powtórzyć, bo wygląda to gorzej niż było. Propagandowa defilada Tuska i Komorowskiego tym się różni od pomysłu Lecha Kaczyńskiego z 2007 roku, że wtedy Prezydentowi chodziło o przywrócenie tradycji oraz zwrócenie uwagi na konieczność zbudowania solidnej tarczy, która przynajmniej na jakiś czas ochroni nas od „przyjaciół”.

Strony