Amber Gold



share

Za chwilę pojawią się schematyczne komentarze, kto kogo i na co przerobił. Z ocenami zeznań Pawła Adamowicza vel „Budyń” będzie bardzo podobnie, jak ze wszystkimi pozostałymi świadkami komisji „Amber Gold”, ale jedna różnica już jest widoczna. Obejrzałem całe wystąpienie świadka i kompletnie nic się w mojej percepcji nie zmieniło. Jaki „Budyń” wszedł, taki wychodzi. Nikt tu nikogo nie przeorał, nie przerobił na kisiel, po prostu zobaczyliśmy kolejnego przedstawiciela kasty świętych krów, któremu przez lata włos z głowy nie spadł i jeszcze długo nie spadnie. Modelowy przykład, w jakim poczuciu bezkarności i pewności, żyli tacy ludzie, jak Adamowicz, bo doskonale wiedzieli, że wszystko mają pod pełną kontrolą.



share

Proszę o uważne przeczytanie tekstu, przed wyciągnięciem absurdalnych wniosków, że Matka Kurka pisze na zlecenie Tuska i jego ludzi. Po złożeniu zeznań przez Marcina P. jedno jest dla mnie oczywiste. Donald Tusk z całą pewnością nie był beneficjentem, a tym bardziej opiekunem Amber Gold, przeciwnie to ludzie, którzy stworzyli ten przekręt trzymali Tuska i wielu polityków PO za twarz. Skąd wniosek? Wystarczy na chwilę wczuć się w sytuację Marcina P. On jest oskarżonym i jednocześnie pionkiem w całej sprawie, bo ani Amber Gold nie wymyślił, ani miliardy złotych nie trafiły na jego konto.



share

W rodzinie nic nie ginie, genów nie oszukasz, ani nie wydłubiesz, jaki ojciec taki syn. Wystrzeliłem serią porzekadeł, żeby odwrócić uwagę od ludzkiej i niestety mojej własnej naiwności. Przyznaję, że momentami młody Tusk wyglądał na sympatycznego, pogubionego syna polityka, który od ojca rożni się prawie wszystkim. Poprawnie wymawiał „r”, nie recytował na pamięć wykutych kłamstw i manipulacji, zachowywał się naturalnie, grzecznie odpowiadał na pytania. Wszystko razem, plus kompromitacja Giertycha, sprawiło, że przeciętny widz mógł czuć się zaskoczony pokrewieństwem Michała z Donaldem Tuskiem i to tak bliskim.

Strony