agresja



share

Nigdy nie zdarzyło się tak, aby w Polsce prezydentem został ktoś, kto posługuje się twardą retoryką i bezpośrednim atakiem na kontrkandydata. Oczywiście tę ocenę stanu rzeczy należy rozumieć właściwie i nie w taki sposób, że Kwaśniewski nie prowokował Wałęsy, a Komorowski Kaczyńskiego. Zawsze i wszędzie stosuje się chwyty poniżej pasa, ale nie o incydenty chodzi, w dodatku w formie „udawania głupiego”, ale o główny przekaz kampanii. Najlepszym przykładem na potwierdzenie tej diagnozy jest kampania Mariana Krzaklewskiego.



share

Przy takim zjawisku jak kampania wyborcza dynamika zdarzeń kpi sobie ze wszystkich analityków i to, co było trafnym spostrzeżeniem w środę, w czwartek może być wywrócone do góry nogami. Druga rzecz to rozjazd pomiędzy planami polityków i życiem, które brutalnie weryfikuje każde genialne założenia. Mając na uwadze jedno i drugie, łatwiej będzie zrozumieć, co się stało i co się dzieje po niesławnej akcji w Pucku i Wejherowie. W pierwszym dniu wydawało się, że takiej wpadki sztab PO nie ma prawa zlekceważyć i będzie musiał uciekać do przodu, no i rzeczywiście pierwsze kroki tak wyglądały, jednak kolejnego dnia nastąpiła gwałtowna zmiana i sztab PO przeszedł do kontrataku.



share

Samozwańczo ogłaszam się weteranem kampanii wyborczych, bo mi się należy jak psu zupa. Widziałem i opisywałem już tyle kampanii, że nie pamiętam dokładnej liczby i takie doświadczenie pozwala na zachowanie dużego spokoju, a także dystansu koniecznego do właściwej oceny. Gdy większość się bulwersuje, mnoży przymiotniki i siłuje się z porównaniami kto wyje i buczy bardziej, mnie przed oczami, cytując klasyka, „nie pierwszy raz staje” obraz z poprzednich kampanii. Nie ma najmniejszego znaczenia, czy wyborcy PiS buczą na Bartoszewskiego, czy Komorowski zaciska pięść i drze się wniebogłosy „nie ma zgody na brak zgody”, czy też obwoźna chuliganeria z KOD rzuca bluzgi w stronę Andrzeja Dudy. Wszystkie te przypadki łączy jedno – przegrana w wyborach.

Strony