11 listopada



share

Kiedy pod koniec stycznia br. w reakcji na słynny reportaż stacji TVN24 o “urodzinach Hitlera” w górnośląskich krzakach, w jednym ze swoich blogowych wpisów roztoczyłem wizję ostatecznej rozprawy ze środowiskami narodowymi, której finałem miał być tegoroczny Marsz Niepodległości, nie sądziłem, że obecna władza aż w tak paskudnym stylu będzie do tego dążyła. Owszem, było dla mnie jasne, że narodowcy ze względu na swój ciężar ideowy oraz siłę buntu cechującą młodzież, z której w większości się to środowisko składa, to w rzeczywistości trudna opozycja, z którą władza musi się prędzej czy później rozliczyć; ale z drugiej strony zakładałem równocześnie, że przecież obecnie rządzący Polską obóz nie jest tą formacją, która gotowa by była na stosowanie knajackich zagrywek na poziomie towarzysza Sienkiewicza.



share

Wyszedł Donald i puścił bąka na tle kolejnej inwestycji rozpoczętej w czasach Rakowskiego, której nazwy nie potrafił wymienić. Polska nie ma nic do gadania, to ONZ 5 lat temu wyznaczyła termin szczytu na 11 listopada – pierdnął Donald. Napisałabym, że chodzi o śmiesznostkę i nie ma co się zagłębiać w zepsute powietrze, ale wbrew pozorom najnowsze łgarstwo dogorywającego Tuska śmieszne nie jest. Dawno przestałem się przejmować „spiskiem”, bo ten jeden z ulubionych knebli „ponowoczesnych postępowych” nigdy poza funkcję knebla nie wyszedł. Szczyt klimatyczny i 11 listopada w jednym dniu, jest takim samym „zbiegiem okoliczności”, jak coroczne zbiegi okoliczności, które krzyżują marsz narodowców z ciotkami Biedronia, tudzież idiotów w pasiakach gwiżdżących plastikowymi fujarkami z logo Gazety Wyborczej. Obok spisku do niedawna skutecznym kneblem był „śmieszny żart” i takim pakietem poleciał Tusk.



share

Wyłamuję się ze swojej niezłomnej zasady i zacytuję życie rodzinne. Pomyślałem sobie, że spytam młode pokolenie, no i spytałem. Krzyczę: „Chodź, chodź, zobacz”. Przyszła z jedenastoletnim bagażem życiowym i pyta: ”Ale co?”. Pokazuję palcem na telewizor: „No to!”. Konsternacja, a potem odpowiedź: „Które, gdzie?”. Z mojej strony zadowolenie i powtórzenie: „No tamto, patrz!”. Ponowna konsternacja: „To? No i co? Stoją sobie”. Tak sobie właśnie stali i patrzyli na koguty radiowozów puszczające sygnały w nieboskłon. Niemal natychmiast skojarzyło mi się marzenie brytyjskich, hiszpańskich i greckich służb prewencyjnych. Wychodzą służby na ulice, widzą na czele pochodu jakichś dziesięciu z zimnymi ogniami i krzyczą przez megafon: „Stop! Będziemy robili interwencję”. Tłum staje, jednostki prewencyjne guzdrzą się ponad godzinę z usunięciem dziesięciu wojowników z zimnymi pochodniami, poczym 50 tysięcy ludzi rusza dalej w „awanturniczym”, radykalnym marszu.

Strony