Prześlij dalej:

Uwielbiam te wszystkie schematyczne podniety rozmaitych publicystów i analityków, na których zawsze i wszędzie coś „robi wrażenie”. Tym razem zrobiło wrażenie 1 600 000 podpisów dla Rafała Trzaskowskiego, jakby rzeczywiście cokolwiek z tej rytualnej procedury i prężenia muskułów wynikało, a nie wynika prawie nic. PO to druga po PiS partia, która dysponuje szerokimi strukturami partyjnymi w terenie, z tymi dwoma największymi graczami może się równać jedynie PSL. W Polsce mamy 16 województw i gdyby PO nie zebrała po 100 tysięcy podpisów w każdym z nich, to już mogłaby się kłaść do jesionki. Owszem jest mobilizacja, ale w bardzo konkretnym miejscu, to partyjne szeregi i najtwardszy elektorat.

Po kompromitacji z Kidawą-Błońską partyjne i wyborcze nastroje siadły do zera i wtedy spadły z nieba nowe wybory. Szereg niespodziewanych okoliczności, których nie mógł przewidzieć nikt, zbudował zupełnie inną atmosferę w PO i wśród gorliwych wyborców PO. Gdy się jest na dnie i wreszcie pojawia się szansa, aby się od dna odbić, to ludzie zawsze dostają dodatkowej energii, napędzanej nadzieją. Zachowując wszystkie proporcje, podobna sytuacja miała miejsce w 2010 roku, po 10 kwietnia. Gdyby nie Smoleńsk Jarosław Kaczyński ponad wszelką wątpliwość nie byłby kandydatem PiS na prezydenta i tym bardziej nie uzyskałby wyniku powyżej 46% poparcia w II turze. Skoro mówimy o mobilizacji przekładanej na liczbę podpisów, to w 2010 roku Jarosław Kaczyński miał 1 610 000 i jak wiemy wybory ostatecznie przegrał. Z faktu, że Trzaskowski zebrał 1 600 000 podpisów wynika dokładnie tyle, co w przypadku Jarosława Kaczyńskiego.

Ważne są jeszcze dwie okoliczności, PKW wbrew zapowiedziom nie zmieniła kart wyborczych, co oznacza, że sztab PO z całą pewnością dołączył podpisy, które zbierał od 11 maja, a nie od 3 czerwca. Po drugie, to nie przypadkowi przychodnie na ulicy i klienci w restauracjach, rzucali się z pasją do podpisywania list Trzaskowskiemu, ale za tę operację odpowiadają samorządowcy i rodziny partyjne, co zresztą zakończyło się aferą i nawet zgłoszeniem do prokuratury. Zatem nie w 7 dni i nie wśród przypadkowych Polaków, tylko od miesiąca wśród najbardziej zatwardziałych zwolenników Trzaskowi zbierał podpisy. Kto się w takim razie zmobilizował i „pokazał siłę”. Czytelnicy „Soku z Buraka”, „Gazety Wyborczej”, działacze KOD, Iustitia i wszyscy pozostali nienawidzący PiS-u w sposób irracjonalny. Czy w Polsce jest 1 600 000 wyborców, którzy na sam dźwięk PiS dostają spazmów. Jest ich najmniej 7 milionów i to są naprawdę ostrożne szacunki. I to cała tajemnica „sukcesu”.

Równie dobrze można mówić, że słuchacze „Radia Maryja”, którzy w obronie swoich mediów zorganizowali największą demonstrację w Polsce, pokazali rekordową słuchalność ulubionego radia. Tymczasem doskonale wiemy, że „Radio Maryja” to stacja niszowa, ale z bardzo zmobilizowaną grupą słuchaczy, wierną i zamkniętą w twierdzy własnych przekonań. Na podstawie liczby podpisów zebranych przez Trzaskowskiego możemy powiedzieć jedynie tyle, że fanatyczni przeciwnicy PiS przypomnieli o swoim istnieniu. Cała reszta wniosków, jakie można odczytać w mediach i w Internecie jest bezrefleksyjną paplaniną, powtarzaniem zgranych formułek. Dzieje się dokładnie odwrotnie niż piszą rozmaici publicyści, Trzaskowski nie porywa Polaków, ale konsekwentnie mobilizuje radykałów, co jest dobrą strategią na pierwszą turę i fatalną na drugą. O jakimkolwiek przełomie będzie można mówić wówczas, gdy Trzaskowski osiągnie ponad 30% poparcie, jednak i to nie byłoby niczym nadzwyczajnym biorąc pod uwagę, że od 15 lat zawsze dwaj główni rywale taki wynik osiągali.

W 2010 roku Jarosław Kaczyński miał znacznie większy ładunek emocji za sobą i mimo wszystko wybory przegrał. Tego, co się dzisiaj dzieje nie sposób porównać z 2010 rokiem i tym bardziej mnie śmieszą pełne paniki komentarze prawicy. Trzaskowski urządził spektakl, znany od lat, a takie rzeczy robi się wówczas, gdy nie jest się pewnym swojej siły. Klasyczne stroszenie piórek i pokazywanie zwolennikom, że: „zwyciężymy, zwyciężymy”. Na tle „osiągnięć” Kidawy-Błońskiej, Trzaskowski musi wyglądać jak książę z bajki, ale tym widokiem podniecają się jedynie panny i wdowy z KOD, GW, TVN i tak dalej. Kandydat PO nie wzbudził żadnych emocji w tym elektoracie, od którego zależy zwycięstwo w wyborach.

Źródło foto: 
28189 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

4 (liczba komentarzy)

  1. Jedna uwaga. Otóż wysoce prawdopodobne jest, że wybory w 2010 zostały "skręcone" na rzecz Komorowoskiego. Dobrze pamiętamy, te nocne cuda kiedy poszliśmy spać z wygraną Kaczyńskiego a obudziliśmy się z Komorowskim. IMO to była pierwsza udana próba sfałszowania wyborów na linii komisje rejonowe-komisja centralna. O ile też pamiętam, różnica wtedy była jednak nieco mniejsza, niż 46/54 dla Komorowskiego, a Kaczyński wygral wtedy nawet w mazowieckim i w łodzkim. Warto też przypomnieć, że komitet wyborczy Kaczyńskiego to byli wtedy Michał Kamiński, Joanna Kluzik-Rostkowska, Paweł Poncyliusz i Marek Migalski. Ot, taka sobie gigantyczna pomyłka kadrowa Prezesa (nie pierwsza i niestety nie ostatnia). Ale to tak tylko gwoli wspomnień...

  2. avatar

    "Szereg niespodziewanych okoliczności, których nie mógł przewidzieć nikt, zbudował zupełnie inną atmosferę w PO i wśród gorliwych wyborców PO"

    Te niespodziewane okolicznośći, a przynajmniej w dużej mierze, powinni przewidzieć stratedzy PIS. Po drugie, jedną z tych niespodziewanych okolicznośći zupełnie świadomie wykreował Gowin.

     

  3. Półtora miliona podpisów się nie liczy gdyżTrzaskowski ma znacznie poważniejszy atut - Łukasza Szumowskiego. Ów ostatnio coś palnął o wpisaniu gatesowskiej szczepionki do kalendarza przymusowych szczepień. Jeszcze kilka podobnych "występów" i w drugiej turze będziemy mieli Trzaskowskiego i Hołownię.

  4. "...Skoro mówimy o mobilizacji przekładanej na liczbę podpisów, to w 2010 roku Jarosław Kaczyński miał 1 610 000 i jak wiemy wybory ostatecznie przegrał..." - Panie Kurka nie prawda. Obaj doskonale wiemy że w 2010 wybory prezydenckie wygrał Jarosław Kaczyński. Nie objął urzędu tylko dla tego że wyniki wyborów były "obliczane"  w Moskwie przez Przewodniczącego PKW Stefana Jaworskiego i Wasilija Czurowa ( szefa rosyjskiego PKW) przezywanego przez Rosjan "cudotwórcą". Jakich "cudów nad urną" miał dokonywać Czurow  doskonale obaj wiemy. Podobnie sfałszowano wyniki wyborów parlamentarnych w 2011.