Fantomowa noga stołu Wuja Sama, cz. IV. Bitcoin czyli idź tam, skąd przychodzi tłum

Prześlij dalej:

Wyjaśnienie

Zarzucono mi, że fragmenty sprawiają wrażenie pewnego nieporządku, czy wręcz chaosu. Niektórym treściom brakuje podstaw tzn, wyjaśnień. Jednak - powtarzam - SĄ TO WYBRANE FRAGMENTY, które uznalem za na tyle intereesujące oraz istotne, że powinny zaiteresować czytelnika, I TO BYŁ MÓJ CEL. Książka jest oczywiście pisana według planu, który niebawem przedstawię, jak też logiki zdrzeń, tzn. ich chronologii, przyczyn oraz skutków. Uwagi, jakie otrzymuję, są jednakże bardzo przydatne, szczególnie te krytyczne. Dziękuję Wam za nie bardzo. Jednocześnie informuję, że wszyscy, którzy do mnie napiszą, otrzymają książkę za darmo - oczywiście, jeśli będą chcieli :-) 

 

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Dziś przeskoczymy nieco do przodu, zajmując się tematem, który w książce pojawi się później. Ale sytuacja jest wyjątkowa z racji bitcoina. Ostatnimi czasy często znajomi zapytują mnie, czy warto zainwestować w niego. Moja odpowiedź jest jasna i jednoznaczna, ale każdorazowo, aby wyjaśnić, w czym rzecz, poświęcałem sporo czasu. Zdecydowałem się uczynić to raz na zawsze w tym miejscu i tu będę pytających odsyłał.

Czym jest więc ten tak głośny ostatnio bitcoin, moda ostatnich miesięcy? Kurą znoszącą złote jaja, receptą  na luksusowe wakacje czy wręcz życie do emerytury w dowolnym kurorcie świata? Czy rzeczywiście należy go, tego bitcoina,  jak najszybciej zakupić,  najlepiej za całe oszczędności?

Oczywiście nie. Ta „niby – waluta”, czy jak jest przez niektórych nazywana  kryptowaluta, nie jest niczym z powyższej listy przepisów na bogactwo. Bitocin czy cokolwiek innego z tej samej grupy tzw. krypto-coś-tam nie zapewni nam niczego poza olbrzymim bólem głowy i kacem moralnym. W  aspekcie urlopu, pewnością spędzenia najbliższego (prawdopodobnie nie tylko) urlopu pod znaną nam już gruszą, z wszelkimi jej materialnymi konotacjami. A przede wszystkim stratą całej zainwestowanej obecnie kwoty, na co mogę dać każdemu gwarancję na piśmie.

Czemu tak uważam? Wyjaśnię, bo zostało to przeoczone przez wszystkich. Sekret kryje się w słowie „krypto”, pochodzącym oczywiście od wyrazu „krypta”. A ta jest wedlug słownika podziemiem kościoła, przeznaczonym do składania chowania zmarłych. Więc kupując ją, z góry wybieramy trupa.

A teraz na serio, choć słowo „trup” jest definicją dla dzisiejszego bitcoina ze wszelkich miar słuszną. Powodów na to,żeby go unikać, istnieją dwa. Zacznijmy od pierwszego.

Nasjpierw określmy jego wartość ekonomiczną Bitcoin i inne wynalazki, rozpoczynające się słowem „krypto” posiadają wartość, wyrażającą się słowem „Nic”.  Nie ma w nim  nic materialnego ani niematerialnego, nie posiada w sobie niczego, co samo w sobie można by w jakikolwiek sposób spieniężyć, nadać temu czemuś sens czy choćby zdefiniować. Jest wynalazkiem pewnego maniaka komputerowego, choć słowo pasjonat jest także adekwatne, za którym podążyli kolejni, „kopiąc” kolejne trupo waluty, zresztą, po dzis dzień. Osobiście, jakkolwiek mam syna programistę komputerowego i wiem, jak wiele dziś znaczy dobry program, opowiadam się za słowem „maniacy”. Bezsensowna, bezproduktywna strata czasu nie zasługuje według mnie na szlachetne słowo „pasja”. Abstrahując od nazwy, mentalny wysiłek tych ludzi zaowocował czymś, czego sami z pewnością nie oczekiwali. Jedną z największych manii spekulacyjnych w historii ludzkości. 

Strony

Źródło foto: 
11687 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Marek Meissner

Autor artykułu: Marek Meissner