Reklama

 

Reklama

Ojciec córki Sobiesiaka nade wszystko pragnął dobra swojej córki, Magdaleny, pięknej i zdolnej dziewczyny o wielu przymiotach duszy i ciała. Wychwalać jej powaby byłoby zajęciem tyleż próżnym, co niebezpiecznym. Dał jej bowiem Sobiesiak wszystko: lekcje baletu dla większej gracji, tenisa dla tężyzny fizycznej, dał jej płynność w posługiwaniu się językiem angielskim, co oczywiste, francuskim, co zabawne i niemieckim, co dalej się wyjaśni. Lato przepędzała w Londynie, ponieważ tamtejsza mgła dobra była dla jej jędrnej, ale łatwo popadającej w suchość cery, a Sobiesiak i tak potrzebował kogoś do obserwacji trendów w światowym przemyśle rozrywkowym. Zimy przepędzała na greckich wyspach, pływając dość wytworną, ale pojemną jednostką żeglugi, z której pokładu wieczorami osobiście odławiała mięsiste dorady; spożywała je później lekko przysmażone z odrobiną śródziemnomorskich ziół, patrząc w światło księżyca rozświetlającego wąską przestrzeń między Samos a tureckim wybrzeżem. 

Sobiesiak widział, że jego piękna córka trawi lata w samotności; udawał obojętność, ale po nocach zamartwiał się i klął na pamięć własnej babki, która nauczyła go grać w nogę, że uczyni Magdalenę szczęśliwą.

Przybyła do domu wiosną, na krótko, jak wędrowny ptak, z jeszcze większymi kwalifikacjami, pogłębionymi umiejętnościami językowymi i ładunkiem czterdziestu pięciu używanych maszyn o niskich wygranych typu Vegas Multigame, Black Horse, Hot Slot, Hot Spot i Silver Shark, z dziesięciocalowym ekranem dotykowym. Nie zdjęto ich jeszcze z lawety, choć już je policzono, kiedy na tle zalesionych wzgórz sudeckich, których wówczas tak wiele było w Zieleńcu, pojawił się niemłody już i pożółkły od domowych kosmetyków mężczyzna o wyglądzie geodety. Córka Sobiesiaka nie miała czasu na błahostki, ale spojrzenie Zbigniewa C. przeniknęło już grube szkła okularów, podwójne kraty, pancerną szybę, niewidzialne promienie systemu alarmowego, musnęło czoło dziewczyny, zagubiło się w jej oczach, zsunęło ku ustom i zawisło w miejscu gdzie górna warga tworzy dla dolnej łagodną przystań.

Magdalena upuściła kieliszek z ciętego kryształu i ten rozprysł się na tysiące kawałków o płytki piertra di matera, ciemnoniebieskiego gresu sprowadzonego z Włoch, który w zamyśle miał wyściełać całą posesję Sobiesiaka, zanim okazało się, że stopnice są doklejane i na zewnątrz się nie nadadzą:

— Te kieliszki miały być trwalsze niż diamenty.
— To na szczęście, Magduś, to na szczęście.
— Nie będę szczęśliwa, tato, jeśli ten mężczyzna nie będzie mój. Chcę dzielić z nim moje aktywa w Golden Play, chcę dzielić z nim życie. Każ mu przyjść do mojego pokoju.
— Tego zrobić nie mogę.
— Dlaczego?
— To Zbigniew C. On przychodzi tu wyłącznie w trybie artykułu dwudziestego ustawy o wykonywaniu obowiązków posła. Widzi we mnie wyłącznie wyborcę.
— Już nienawidzę artykułu dwudziestego. Zmień to okrutne prawo.

Dla Zbigniewa C. nic już potem nie było takie same. Ani dla Magdaleny. Ponieważ kochankowie oficjalnie nie mogli się spotykać, Sobiesiak zaplanował wielkie przyjęcie w Zieleńcu. Magdalena była smutna i myślami nieobecna; by ten smutek jakos uśmierzyć, pozwolił więc jej wyrąbać las na znacznej części powierzchni byłego województwa wałbrzyskiego. Zbigniew C., działając nieomal anonimowo, zza zasłony swoich licznych funkcji społecznych, przyznał jej zresztą za to wicemuflona bizensu, nagrodę przyznawaną tyleż dorocznie, co bóg wie za co. Magdalena cięła bowiem, zapewne z miłości, jak szalona. Poszła, na szczęście, czeską stroną granicy, ale wyrąbała bogate w buk i wiąz lasy dolnych partii Karkonoszy i zatrzymała się dopiero w leśnych ostępach Speerwaldu, gdzie stanęła oko w oko z zagubionym patrolem niemieckiej, a może austriackiej, ksenofobicznej policji granicznej, której nigdy nie powiedziano o wejściu Polski do strefy Schengen:
Warum diese Bäume, Sobiesiak’s tochter?
— Warum nicht?

Przyjęcie udało się nadzwyczajnie, ale elegancki tej nocy Zbigniew C. zachował wielką wstrzemięźliwość, nie był bowiem pewien czy Magdalenę podnieca on sam czy jego funkcja w urzędach centralnych. Córka Sobiesiaka wirowała więc z trzydziestoletnim ledwie Rosołem, kierownikiem gabinetu politycznego ministra Drzewieckiego, który był tylko człowiekiem i coś z kimś na tarasie uzgadniał, choć ten ktoś wcale nie mieszkał na terenie okręgu wyborczego ministra. Drzewiecki nic zresztą nie musiał, bo Rosół wszystko załatwił: pozwolenie, post hoc, na wyrąb lasów, uciszył śledztwo Europolu w sprawie zaginionego patrolu granicznego i tańczył teraz z córka Sobiesiaka w imieniu Zbigniewa C., na sali balowej większej niż niejedno jezioro mazurskie. Tańczyli odważnie, choć najwyższe standardy etyczne obowiązujące w rządzie krępowały ich co śmielsze manewry taneczne i inne. Zbigniew C. patrzał tylko i szastał pieniędzmi na lewo i na prawo, ażeby w trybie obowiazujących przepisów za wszystko płacić samemu. 
Córka Sobiesiaka, gdy z Rosołem, jako wirujący krąg, się o Zbigniewa C. ocierała, samymi tylko oczami błagała:
— Przyjmij od nas chociaż szampana.
— Jesteś dla mnie, pani, wyłącznie osobą fizyczną.

Śniegu tego roku było niewiele, ale w Zieleńcu, największym już wówczas ośrodku wypoczynku zimowego w tej części Europy, nie zabrakło go dla nikogo. Długi na dziesiątki kilometrów wyciąg dowoził ośmielonych szampanem wyborców i ich przedstawicieli aż pod Liberec. Jeżdżono śmiało i nie dbano o nic, nawet o biżuterię i futra, których wiele później znaleziono porzuconych w lesie, co było powodem wielu nieporozumień w szeregach służb leśnych z trudem odróżniających zwierzęta futerkowe od efektów powszechnego w tym kraju braku szacunku dla praw zwierząt. 

Nic już potem nie było takie same. Zaczęły się plotki. Zbigniew C. nie tracił jednak pewności siebie:
— Są takie dziedziny, na przykład jak sport, kultura, które często powodują, że mamy znajomych, którzy są w tej czy innej partii politycznej.*

Zaczęto mówić o rozwodzie Zbigniewa C., choć rozwody na najwyższym szczeblu wciąż były rzadkością. Sytuacja nie była łatwa. Sobiesiak martwił się o przyszłość córki. Cierpiący kochanek uspokajał: 
— Z tobą na… dziewiećdziesiąt procent, Rysiu, że załatwimy. Tam walczę, nie jest łatwo, tyle ci powiem.
— To są, kurwa, tak, ja wiem, Albo byś wykorzystał do tego, kurwa, Mirka, i… i… tego drugiego.
— Z nim nie gadam, to powiem ci szczerze, Rysiu, że tak, bo wiesz….*

Córka Sobiesiaka posyłała list za listem, tłumaczyła kim jest i kim dla Zbigniewa C. być może, dołączała list motywacyjny i zdjęcie za zdjęciem, ale reagował wyłącznie Rosół.

Za dużo było tych listów, za dużo tych nieostrożnych telefonów, za dużo łez, niemych wyznań i gorących westchnień. Żaden dysk nie pomieściłby takiej ilości danych. Rodził się pierwszy po osiemdziesiątym dziewiątym roku skandal polityczny z szaleństwem ludzkich serc w tle. Albowiem do tej pory, panował osobliwy strach przed miłością. Mordowano już skrycie i fachowo, zwłok pozbywano się nie gorzej niż na Sycylii; ludziom kleiły się do rąk pieniądze, i inne korzyści, ale uczuć bali się wszyscy. Na najwyższych szczeblach władzy, miłości innej niż małżeńska nikt nawet specjalnie nie rozważał.

Gdy się więc skazany na samotność Prezes o uczuciu córki Sobiesiaka do Zbigniewa C. wreszcie dowiedział, jego szpetną twarz ścisnął bolesny skurcz. Patrzał w ciemne przestrzenie cichych żoliborskich ulic i łkał jak dziecko za korzyściami, których sam nie przyjął, i za tymi, których sam nigdy nie ofiarował. Wstrzemięźliwość Prezesa w braniu mogła od biedy uchodzić za poświęcenie, choć w rzeczywistości nie potrzebował niczego; to jednak, że nie kochał, nigdy nie było jego wyborem. Przesłuchawszy ostatnią z taśm, poruszony do żywego, wracał myślami do własnego dzieciństwa, które spędził na obrzucaniu kamieniami tych, których skrycie kochał. Wzruszony zdjął z uszu słuchawki i wyłączył urządzenie rejestrujące obraz i dźwięk, które Mario Kamiński przyniósł mu ubiegłej nocy. Przeraził się dokonującego się postępu i zamartwił nad spustoszeniem jakie romans córki Sobiesiaka może wywołać w polityce historycznej, wobec której miał jeszcze pewne nadzieje:
— Trzeba zabić tę miłość.

Dla Magdaleny nadeszły miesiące niepewności, potem tygodnie najczarniejszych przeczuć, i wreszcie dni, które wypełniała wyłącznie gorycz. Znów widziano ją w lasach pozbawionej granic Europy. Rosół wyznaczył spotkanie. Sierpniowego popołudnia przybyła do Warszawy, skromna jak nigdy, w ciasnych czółenkach kroczyła ku swemu przeznaczeniu. Odnowiony niedawno Nowy Świat jaśniał od popołudniowego słońca; wielojęzyczny tłum turystów przepływał w poszukiwaniu kawiarni o sensownych cenach i niekłócącej się ze zdrowym rozsądkiem ofercie; setki nie zważających na nic par kochanków dawało światu znać o łączących ich uczuciach; z mokrymi od łez i ostrego słońca oczami mijała wielu zwykłych ludzi, którym ani w głowie nie było, że Prezes i jego Ochroniarz zabijają właśnie pierwszą, kiełkującą na szczerej pustyni, miłość o politycznych konsekwencjach. 

Przed szóstą po południu łykała już w Pędządzym Króliku łzy zmieszane z kwaśnawą, czarną kawą. Rosół, teraz po prostu zwykły urzędnik średniego szczebla wszedł i nie mówiąc nic, patrząc nie na nią, lecz na gmach przybranego we flagi teatru, oddał jej wszystkie listy, zdjęcia i nie dał żadnej nadziei.

Wiele tygodni później, w drodze na obrady Komisji, Zbigniew C. wspominał ów zapowiadający koniec lata dzień, kiedy w rozpaczy i niepewności zmierzał na Dolny Śląsk, do swoich politycznych korzeni. Wiedział już wtedy, że prawdziwych motywów swoich działań nigdy nie będzie mógł wyjaśnić, jeśli córka Sobiesiaka miała być czymś więcej niż zwykłą korzyścią. 

Jechał więc wtedy krętymi drogami na Dolny Śląsk, a Sobiesiak wydzwaniał na wszystkie trzy komórki; Zbigniew C. analizował niejasne prośby, pogróżki i obietnice biznesmena w świetle ich zgodności z konstytucją, z założeniami budżetu, w kontekście wpływu na rynek pracy i wreszcie, ale przecież nie na szarym końcu, zgodności z prawem Unii Europejskiej. Nie mógł w swoim sercu znaleźć żadnej winy i żadnego istotnego uchybienia. Bo przecież dla miłości można i powinno się uczynić wszystko. Zostawił samochód na stacji paliw i ruszył przez świeżo zaorane pole, ku cmentarzowi na wzgórzu:
— Czym się to spotkanie różni od spotkania, nie wiem, na ulicy, w rynku, na spacerze, czym?*

* Wypowiedzi prawdziwe.

Zabrania się czytania bez muzyki; odbyte już czytania bez podkładu muzycznego unieważnia się i traktuje jako niebyłe.

Muzyka:

 

1. http://www.youtube.com/watch?v=0MYzkBiJn5Y (Aria na strunie G)

2. http://www.youtube.com/watch?v=b5WVkl_f7_E  (C’est Si Bon)

3. http://www.youtube.com/watch?v=1FzVWlOKeLs  (Cinema Paradiso)

 

 

Reklama

25 KOMENTARZE

  1. Czy to była kawa Jacobs
    Czy to była kawa Jacobs Kronung?
    Ach…szkoda, że “najwyższe standardy etyczne obowiązujące w rządzie krępowały ich co śmielsze manewry taneczne i inne.” Kto wie jak potoczyłyby się wtedy ich losy…Może nawet zabita miłość by z martwych wstała?