10 kwietnia 2010 roku to dzień, w którym ziarno oddzieliło się od plewy

Prześlij dalej:

Pamiętam doskonale 10 kwietnia 2010 roku i kolejne dni, gdy w atmosferze żałoby, przygnębienia i naturalnego otumanienia, dyżurne „zjednoczenie narodowe” przygotowywało cztery podejścia i presję na załogę, której autorów należy ustalić. Po 5 latach nic się nie zmieniło, bo zmienić się nie mogło, ci sami ludzie czynią te same podłości, wypluwając z zakłamanych ust koncyliacyjne apele. Człowiek, który doświadczył oszustwa powinien wyciągnąć wnioski i tak właśnie zamierzam postąpić. Nie ma mowy o jakimkolwiek pojednaniu, z całego gardła nawołuję do utrwalenia narodowego podziału. Kilka miesięcy przed smoleńskim zabójstwem zaczynałem rozumieć, co się wokół mnie dzieje i jak bardzo ze mnie kpiono, po Smoleńsku nie miałem już najmniejszej wątpliwości i to jest dla mnie jedna z granic koniecznego podziału. Smoleńsk oddzielił ziarno od plewy i żadnemu przyzwoitemu Polakowi nie powinno przychodzić do głowy, aby tę ofiarę profanować pustymi gestami „pojednania”. Granica podziału nie przebiega na linii zamach – katastrofa, granicą nie jest polityczna preferencja, granicą jest mgła. Każde ziarenko prawdy, choćby bolesne musi wyjść z mgły stworzonej przez plewy. Smoleńsk nie jest dla mnie żadnym budowaniem mitu założycielskiego. Polsce nie jest potrzebny kolejny mit założycielski, pradawne mity dają wystarczająco silny fundament tożsamości i tradycji narodowej. Polsce jest potrzebna powaga, samostanowienie, szacunek i to właśnie Smoleńsk pokazuje w jakim jesteśmy miejscu. Podział narodowy wokół Smoleńska to naturalny test, który wyznacza stosunek do Polski, do Polaków, do godności, do przyzwoitości. Wszystkie tezy, hipotezy, domysły i inne domniemania nie miałby dla mnie najmniejszego znaczenia, gdyby polskie państwo w chwili tak doniosłej zasługiwało na miano państwa polskiego. Stało się inaczej, żyjących Polaków upokorzono, zmarłych sprofanowano i ten fakt nie wymaga żadnych badań, najmniejszych analiz, to jest tragedia widoczna gołym okiem.

Polak, który twierdzi, że nie było zamachu, ale widzi w jakim „państwie” żyjemy, jak nas okpiono i sponiewierano, jest moim Rodakiem. Mogę i chcę uścisnąć dłoń każdemu Polakowi, zachowującemu te minima intelektualne i moralne, natomiast szczerze gardzę plewą. To żaden wstyd powiedzieć: „nie wiem co się stało”, to żadna podłość mówić: „mamy za mało wiedzy”, to żadna zdrada wątpić w najbardziej tragiczne scenariusze, ale nie wybaczalne i jednoznacznie dyskwalifikujące są plewy: „wszystko zostało wyjaśnione”, „eksperci nie pozostawiają złudzeń”, „niezależna prokuratura i komisje odkryły bolesną prawdę”, „wykonaliśmy wszystkie konieczne badania”, „przeprowadzano profesjonalne analizy”. Tutaj jest kolejna granica i wbrew pesymistycznym diagnozom, proporcje wcale nie wyglądają źle. Jeśli przyjąć powyższe kryteria, to ponad 60% Polaków musi się pogodzić ze smutnym faktem, że 40% naszego narodu to plewy. W tych okolicznościach stawianie linii podziału przy rytualnym słowie „zamach” nie ma najmniejszego sensu i rzeczywiście prowadzi do tragicznego w skutkach podziału narodowego. Pytamy o „techniczną” metodę zniewolenia, zamiast pytać o drogę do wolności. Dziś najważniejsze polskie pytanie brzmi: „W jakiej Polsce żyjemy i gdzie jest nasze państwo?”.

Strony

33704 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

31 (liczba komentarzy)

  1. Antycypując zaś tekst dzisiejszy, którego tematem, jeśli mogę wnioskować po rzeźni na Twitterze, będzie niejaki Gotlib, pozwolę sobie zwrócić uwagę na niezwykle bulwersujący fakt ronienia rzęsistych łez przez ambasadora Muła.

    Czy jest przyjęte, by ambasador jakiegoś państwa chwalił się publicznie towarzyską zażyłością z nienawidzącym własnego kraju osobnikiem pobierającym pieniądze od państwa trzeciego, będącego de facto wrogiem zarówno państwa ambasadora jak i kraju, w którym ambasador ambasadoruje? Tak się tylko zastanawiam...

    Ech, czeka mnie chyba kolejna lektura 'Berka'...

  2. Strony