Pożegnać się obojgu było baaardzo trudno, ale wymamlali my się serdecznie za wszystkie czasy, aż po kres zmęczenia i dobrą nowinę; i abym nie padł, specjalnie wykradłem wszystkie kulki molowe, którymi codziennie rano bez zatracenia mnie cucono, a jak trzeba było zdecydowanie przełamać opór, również gwałtownie stawiano na nogi. Zaowocowało to rzecz jasna dodatkowym kopem na drogę - gdyby nie to, że Pan mówi mi Pan Czesiek był znacznie młodszy ode mnie, zaprzysiągłbym się na śmierć pod przysięgą, iż musiał być kiedyś moim tatusiem.
Początki były trudne, ale od czego nosi się grzebień; przecież nie od parady. Skołuję tylko jeszcze kawałek gazety i będzie. W NORMALNYCH warunkach wielokrotnie okrążałem gliwicki Rynek, wyobrażając sobie, czy promień zataczonego koła widziany z lotu ptaka, stwarza wystarczające warunki do precyzyjnego odniesienia sukcesu, ale tutaj, miejscowe psy nie miały żadnego rynku, nawet zdziebka. Po raz pierwszy pomyślałem sobie, że nietrafnie wybrałem kierunek poszukiwań. Jak cywilizowany Europejczyk, o ukształtowanym i wciąż doskonalącym się intelektualnym zapleczu, może radzić sobie ze zwykłymi problemami dnia codziennego bez ratusza (a ja przyjechałem w znacznie wyższym celu), a gdzie tu w ogóle mówić, i po jakiemu, o poszukiwaniu całej prawdy?
Na szczęście byłem pod ciągłym wpływem i wrażeniem niesamowitych relacji, jakie z wyraźnym spokojem regularnie udostępniono mi w trakcie zdecydowanie zbyt krótkiej podróży. Coraz pewniej jenowcześnie podejrzewałem - przekazywanych mi celowo, abym z nich stworzył układającą się w całość mądrość, a tę z kolei przekuł w dostępną ludzkości wiedzę.
Uskrzydlony, wewnętrzną siłą z grubsza zamknąłem oczy, starannie przeczesałem i zacząłem z tupetem przygrywać. Niestety, Anglicy w ogóle nie znają się na sztuce, nie mówiąc o grzebieniach, nie rozpoznali żadnej odgrywanej opery, a dla ułatwienia każdą okraszałem tańcem. Jak już raz im się udało, to nie potrafili powiedzieć w czyim akurta była wykonaniu. Zaprzestałem więc szybko i na swieżo skradziony paszport - bo ten, któren zdobyłem w Polsce, już dawno pożyczył Pan mów mi Pan Czesiek - znalazłem pracę w przydrożnym magazynie. Nie było lekko, ale jeden z chłopaków, i to się nazywa prawdziwy łut szczęścia!, akurat też był Polakiem, a że w ciągu dnia dorabiał sobie u chłopaków jako przysięgły translator, więc na wyraźną prośbę Anglików bardzo mi dopomógł. Nie przyznałem mu się oczywiście, że nie będę mógł odwzajemnić przysługi obiecanym przemytem papierosów, gdy pojadę na święta do domu, bo po pierwsze, nie palę, a po drugie, absolutnie nie widziałem whatsoever żadnego związku, jaki miałby zachodzić pomiędzy świętami a domem. Zresztą, po co wracać do czegoś, czego się nie ma. Kiepskości w kojarzeniu faktów dyplomatycznie translatorowi nie uwypukliłem, mógł się chłopaczek jeszcze kiedyś przydać, i jak się później okazało, słusznie miałem rację. A przy okazji, jeśli tak wirtualnych kierowników nocnej zmiany zatrudnia się w tym dziwnym kraju, to nie dziwota, że nie potrafię niczego zrozumieć, co szybko i niechlujnie mówią i czego wszyscy cały czas ode mnie znowu tutaj chcą.
Tym razem spałem jak suseł. Tym bardziej godne pochwały, że spało się w biały dzień! I tak mijały mi lata, na szczęście też zimy, więc w końcu postanowiłem zacząć i nauczyć się języka. Głupi nie jestem, nie mam zamiaru całe życie płacić translatorowi tylko za to, że pomaga mi kupić chleb i ogórki w polskim sklepie u Hindusa!
To przyniosło kolejne niebagatelne i diametralnie po pogodzie poprawiające nastrój odkrycie, gdyż absolutnie nie miałem wcześniej zielonego pojęcia, że znam aż tyle polskich słów i że zupełnie nie muszę zastanawiać się nad polską gramatyką - najtrudniejszą na świecie! - aby coś płynnie i poprawnie powiedzieć! Nigdy wcześniej nie zdawałem sobie sprawy z tak głęboko utajonego posiadania podobnego talentu... zdecydowanie jestem za skromny, koniecznie muszę zapytać wszystkich Polaków ze zmiany, czy aby na pewno zauważyli, z jaką swobodą się wypowiadam, i że w przeciwieństwie do nich nie załapałem jeszcze tego kluchatego akcentu, który najzdolniejsi z nocki naśladują już po MIESIĄCU CZASU!
Zbliżała się więc, wybijająca krokiem we właściwym kierunku, godzina wytęsknionej prawdy, a jak dobrze i szybko mi pójdzie, to całymi latami będę ją swobodnie wyrażał w niejednym języku! Takiego obrotu sprawy podarunku od losu, nawet w największych snach nie mógłbym sobie dla siebie przewidzieć, a dla wzmocnienia efektu niespodzianki, natychmiast po przebudzeniu i jak śmierć o pogrzebie na śmierć wnet zapomnieć.


"Anglicy nie znają się na sztuce" - ich strata
http://www.youtube.com/watch?v=Q-e0fHUoKD8&feature=related
Za różne takie...
Rozumiem przesłanie, dzień dobry,
iż życzy sobie Pani w najbliższy sercu niedzielny koncert życzeń wersji mojej frywolnej arii, z rozmachem rozpisanej na grzebyk, smutek i kwiaty we włosach. Dla Pani wszystko, tylko tekturkę nastroję.
Przywitałbym Panią dostojniej, ale Pan Wzorzec gdzieś nam się zapodział, podobno pojechał na wakacje, sama Pani jednak rozumie, że tęsknoty nie gasi świadomość dobrostanu niecierpliwie wyglądanego obiektu, szczęście łez nie koi, chyba że własne.
Dzięki Pani dziś i ja jestem szczęśliwy i nie wypuszczę, trochu tylko się za Wujem będę wiercić, jeśli więc Pani pozwoli, koncert w całości dla Pani w kościele wyśpiewam, ale poświęcon on będzie końcowi wakacji.
Buziaczki i się ich nie brzydzić, ja jestem taka czysta, że brzydzą się tylko brudasy
Bez Gryzonia nie ma szans na dzień dobry
Dzień dobry,
niejasno się wyraziłam: to było ode mnie dla Pani zamiast dzieńdobrego zwykłego i w dowód. Zbyt Wielkim jest Pan Artystą, żeby grywać koncerty życzeń ("We don't do requests" - powiedział Sir Paul u Parkinsona, a Pani, choć nie Sir, jest mu co najmniej równa, i tego standardu się trzymajmy), więc nawet nie śmiałabym prosić. Tym bardziej że Pańskie autorskie kawałki (nie tylko niedzielne, ale też codzienne), którymi Bogu dzięki tak szczoderze nas Pan obdarza, doskonale wiedzą, co mi u duszy gra. Artysty pętać nie wolno, Artyście trzeba pozwolić na swobodę twórczą, której nieustająco życzę Panu, mając na myśli własny czytelniczy egoizm.
Buziaczków nie brzydziłabym się, nawet gdyby zdarzyło się Pani ubrudzić (dzieci podobno dzielą się na czyste i szczęśliwe) i odwzajemniam z wdzięcznością.
A Wujka spróbujmy wspólnie wywołać, trzy czte-ry: WUJKU GRYZONIU!! HOP, HOP!!!
Za różne takie...
Już miałem gorliwie Pani przytaknąć, a tu nagle pod koniec
całe dzieciństwo mi Pani obaliła. Ja nawet przed pisi siku wszystko trzy razy przecierałem odkażającą ściereczką, dwa razy wcześniej dokładnie mywając i susząc z godzinę na ogniu, żeby ugasić ewentualne ogniska. Myśli Pani, że właśnie tu leży szkopuł pochowany i przyczyna nieskoordynowanych podskoków w miejscach publicznych?
Za komplementy się nie odwdzięczę, Pani nic, poza mną, nie brakuje. A mi brakuje już tylko Wujka, skoro Pani podjęła tę słuszną decyzję.
Idę myśleć, co dalej ze światem, a Pani sądzi?
Bez Gryzonia nie ma szans na dzień dobry
A u nas zmieniono elementarz
Dzieci sobie radza, gorzej z rodzicami.
No bo jak to zrozumieć
Murzynek Bambo ma Ale. Ola coś tam, coś tam z asem murzynka Bambo.
A mówią o nas, że jestesmy rasistami.