W 29 grudnia 1989 roku zmieniono obowiązującą wówczas konstytucje PRL, pochodzącą z 1952 roku. Od tego dnia przepisy ustawy zasadniczej stanowiły, że Polska jest demokratycznym państwem prawa, urzeczywistniającym zasady sprawiedliwości społecznej. Oczywiście, sam zapis w ustawie niczego nie zmienia, papier przyjmie wszystko, problem nie polega na samym uchwaleniu, problem polega na tym, żeby ustawowe zapisy odpowiadały rzeczywistości.
Generalnie, demokratyczne państwo prawa, to takie państwo w którym organy władzy publicznej mogą czynić tylko to co im prawo nakazuje, natomiast obywatele wszystko to, czego im prawo nie zabrania. Jest to najbardziej lapidarna i chyba najdokładniejsza definicja państwa prawa, a na pewno jest to definicja najstarsza, bowiem znalazła się ona w konstytucji stanu Massachusetts z 1790 r.
Jedną z cech charakterystycznych tak ujętego państwa prawa jest bardzo szeroki zakres władzy sądowniczej. Po prostu, ktoś lub coś musi decydować o tym czy oby władza publiczna faktycznie czyniła tylko to, co jej prawo pozwalało, albo też obywatel nie zrobił czegoś, co mu prawo zakazało. Sąd wydaje się najlepszą instytucją ku temu, gdyż z jednej strony sędzia jest niezawisły w swojej działalności, z drugiej strony zasada instancyjności gwarantuje obywatelowi, że nawet jeśli w pierwszej instancji zostanie potraktowany niesprawiedliwie, to zawsze jest możliwość aby ktoś inny sprawie przyjrzał się jeszcze raz.
Oczywiście, taki kształt sądownictwa jako jednej z władz w państwie, jest relatywnie nowym wynalazkiem. Żeby zrealizować postulat państwa prawa, musi być zapewniony podział władzy na egzekutywę, judykaturę i legislatywę. Jest to pomysł Monteskiusza (chociaż o podziale władz pisał już np. J. Locke), a więc datujemy go gdzieś na połowę XVIII w. Jak na przełom cywilizacyjny, jeden z najważniejszych wynalazków w historii ludzkości, jest więc stosunkowo młody. Młodszy niż wynalazek druku czy prochu strzelniczego. Pomimo to, na początku XX wieku trójpodział władzy, z silnie wyeksponowanym, niezawisłym sądownictwem uważany był za oczywistość niemal taką, jaką są drukowane książki lub broń palna. Wystarczy sobie poczytać konstytucje państw powstających po I wojnie światowej. Np. konstytucja republiki Weimarskiej z 1919 r. uznawana była za jedną z najdemokratyczniejszych i najlepszych w ogóle. Niesyty już kilka, kilkanaście lat później ów trójpodział władzy był negowany na obszarze przynajmniej połowy Europy.
Czerwone i brunatne reżimy wolały od podziału władzy wprowadzić zasadę jedności (jednolitości) organów władzy państwowej, która była zresztą zasadą ustrojową wprowadzoną do konstytucji z 1952 roku. Skoro w tych reżimach władza pochodzić miała z woli Führera lub z woli klasy panującej, robotniczo ? chłopskiej, to model ustrojowy w którym przyjęto podział władzy, a każdy segment takiej podzielonej władzy miał za zadanie hamować i kontrolować pozostałe ? to taki model tylko przeszkadzał by realizacji woli wodza albo klasy robotniczej.
Proces przemian państwa autorytarnego w państwo demokratyczne polegał też na transformacji modelu ustrojowego władzy. W przypadku Polski nie było to zdarzenie jednorazowe, uchwalenie 29 grudnia konstytucyjnej deklaracji o tym że jesteśmy demokratycznym państwem prawa nie spowodowało automatycznie, że 30 grudnia już takim państwem byliśmy, a 28 jeszcze nie. Był to proces, który, co ciekawe został zapoczątkowany jeszcze w latach 80 ? dzisątych.
Być może jest coś prawdy w stwierdzeniu, że przemiany ustrojowe jakie zapoczątkowali komuniści jeszcze na dobrych parę lat przed upadkiem systemu, miały jedynie na celu usankcjonować ich słabnąca władzę. Być może Trybunał Stanu, Trybunał Konstytucyjny czy sądownictwo administracyjne które wtedy powstało, miały być niczym więcej jak tylko zabiegami mającymi dać wątpliwej jakości legitymację np. dla stanu wojennego. Być może, co nie zmienia faktu, że instytucje te przeżyły system który powołał je do życia, a teraz służą (może z wyjątkiem dziwacznej atrapy jaką jest TS?), lepiej lub gorzej jak najbardziej demokratycznemu społeczeństwu.
Tak czy inaczej, od lat osiemdziesiątych można zaobserwować ciągłe poszerzanie kognicji sądów. I tak:
1980 rok ? przywrócono instytucje sądownictwa administracyjnego,
1982 rok - powołano instytucję Trybunału Stanu,
1985 rok - sądy powszechne rozpatrują spory z zakresu prawa pracy,
1985 rok ? powołano (ustawowo) Trybunał Konstytucyjny,
Ostatnią ważna datą jest rok 2001, kiedy to ostatecznie ustrój wymiaru sprawiedliwości dostosowano do wymogów polskiej konstytucji. Powołano wtedy dwuinstancyjne sądownictwo administracyjne albo też zlikwidowano kolegia ds. wykroczeń, same wykroczenia przekazując pod rozpoznanie sądom powszechnym.
Konstytucja z 1997 roku w pełni realizuje zasady jakie powinny obowiązywać w państwie liberalno ? demokratycznym, jeżeli chodzi o sądownictwo. Zasady te przyjęte zostały jako oczywiste, przyjęte bezwarunkowo - bez dowodu i nie podlegające dyskusji. W przepisach ustawy zasadniczej zawarty jest dogmat o prawie obywatela do sądu. Art. 45 ust. 1 mówi: ?Każdy ma prawo do sprawiedliwego i jawnego rozpatrzenia sprawy bez nieuzasadnionej zwłoki przez właściwy, niezależny, bezstronny i niezawisły sąd.? W celu realizacji tego dogmatu uchwalono szereg innych zasad, od sędziowskiej niezawisłości, aż po zasadę dwuinstancyjności.
Właśnie realizacją prawa obywatela do sądu, jest możliwość odwołania się od np. mandatu wręczonego kierowcy przez policjanta. Jaki jest tego efekt? Niektórzy kierowcy przyłapani na wykroczeniach drogowych odwołują się do sądu tylko po to, by odwlec dopisanie im punktów karnych, które spowodują utratę prawa jazdy. I taka sprawa trafia do sądu. W Polsce mamy wpływ spraw do sądów rzędu 10 milionów rocznie. Mamy też pewien paradoks. Pomimo, że liczba sędziów w przeliczeniu na jednego mieszkańca jest jedna z najwyższych w Europie, to przewlekłość postępowań sądowych uważana jest za jeden z najważniejszych polskich problemów, a miażdżąca większość skarg przeciw Polsce w kierowanych do Trybunału w Sztrasburgu dotyczy właśnie przedłużających się spraw sądowych. Tym samym realizacja dogmatu o prawie do sądu zmienia się w soją własną karykaturę. Jest wiele przyczyn takiego stanu rzeczy.
1. Złe prawo.
Według sprawozdania SN z działalności orzeczniczej za rok 2008 ?Zadania, z jakimi mają do czynienia sędziowie SN przy rozstrzyganiu spraw, uległy wyraźnemu skomplikowaniu. Prawo, które musi interpretować SN, jest bowiem coraz bardziej rozbudowane i różnorodne, a jednocześnie zmienne, niejasne, pełne luk i wątpliwości oraz o niskiej jakości formalnej oraz merytoryczne?. Oceniono, że relatywnie duża liczba pytań prawnych zadawanych SN przez polskie sądy wynika "w znacznym stopniu z niskiej jakości dorobku legislacyjnego parlamentu". "Niejasne i sprzeczne przepisy wywołują wątpliwości w praktyce i wymagają zasadniczej wykładni, a SN często sygnalizuje dostrzeżone błędy w ustawach i potrzebę ich zmiany" - napisano.
2. Fatalne procedury.
Jeden z sędziów, pisząc swego czasu na łamach ?Rzeczpospolitej? wskazywał w tej materii w szczególności na:
- stopień sformalizowania procedur sądowych. Wedle raportu Banku Światowego dochodzenie praw z umów na drodze sądowej według stanu na 1 lipca 2007 r. obejmowało w Polsce aż 38 procedur, podczas gdy na Słowacji ? 30, w Czechach ? 27, zaś w Irlandii zaledwie 20;
- ciągłe hołdowanie zasadzie prawdy materialnej, gdzie to od sędziego, a nie od stron sporu wymaga się przedstawienia faktów, co prowadzi do nadmiernego przedłużenia postępowania dowodowego;
- rozbudowaną ponad zdrowy rozsądek dewolutywność orzeczeń wpadkowych umożliwiającą stronom odwlekanie wydania orzeczenia, a następnie jego uprawomocnienia;
- pozorną kontradyktoryjność, gdzie, jak w postępowaniu karnym, sąd często musi działać jako organ inkwizycyjny szukający dowodów albo paragrafu na sprawcę;
- nieprzystający do wymagań współczesności system biegłych sądowych;
- rozbudowaną możliwość zaskarżania orzeczeń kończących postępowanie ? nawet do dwóch instancji, z faktycznymi uprawnieniami dla sądów odwoławczych do kontroli niemal całego postępowania niezależnie od granic zaskarżenia.
3. Żałosna kultura prawna polskiego społeczeństwa.
W lutym 2009 roku ukazał się raport badania opinii publicznej dotyczący wizerunku wymiaru sprawiedliwości. Oczywiście, publicyści szeroko rozpisywali się jak to Polacy źle oceniają sądownictwo, i jak ono fatalnie funkcjonuje. Fakt, że moi rodacy mają tak kiepską opinię o sądownictwie nie zrobił na mnie wrażenia, bo to wiedziałem od dawna. Zrobiły na mnie wrażenie inne dane. Niejednokrotnie badani nie potrafili wymienić większości z reprezentantów wymiaru sprawiedliwości lub wskazywali urzędy, stanowiska, instytucje, które w rzeczywistości nie mieszczą się w kategorii badanego przedmiotu. Jedynie co czwarta osoba deklarowała, iż posiada wiedzę z zakresu funkcjonowania polskiego wymiaru sprawiedliwości. Co trzeci badany słyszał o reformie wymiaru sprawiedliwości. Zdecydowana większość badanych (64 proc.) nie potrafi jednoznacznie ocenić przeprowadzonej reformy. Wygląda na to, że Polacy nie mają zielonego pojęcia kto ich sądzi, jak, gdzie i na podstawie jakich procedur, pomimo że?. Niemal 99 proc. badanych w ciągu ostatnich 3 lat miało styczność z organami wymiaru sprawiedliwości, a ponad 75 proc. było zaangażowanych w sprawy wymagające osobistego kontaktu z poszczególnymi jednostkami. To jak do jasnej cholery chodzą oni do sądu, jak nawet nie potrafią go odróżnić od innych instytucji??
4. Fatalna organizacja sądów.
Kiedyś już o tym pisałem, podam tylko jeden przykład. 35% sądów rejonowych ma obsadę mniejszą niż 10 sędziów (asesorów). Im mniejszy sąd, tym jego funkcjonowanie jest droższe, w stosunku do ilości załatwianych przez niego spraw. Na prawie 10 tyś. sędziów (i asesorów, samych sędziów jest około 8 tyś.) aż 4 tyś. pełni funkcje związane z rożnego rodzaju nadzorem.
Czyli:
1. Prezesi
2. Wiceprezesi
3. Przewodniczący wydziałów
4. Zastępcy przewodniczących wydziałów
5. Kierownicy sekcji
6. Wizytatorzy
7. Kierownicy ośrodków szkolenia
8. Zastępcy rzeczników dyscyplinarnych
9. Rzecznicy prasowi
10. Sędziowie wizytujący zakłady dla nieletnich lub psychicznie chorych.
Minister Cwiąkalski potrafił zdiagnozować większość problemów polskiego wymiaru sprawiedliwości. Nie potrafił jednak przepchnąć rozwiązań przed utratą stanowiska. Czy minister Czuma będzie potrafił dokonać tego, czego nie udało się jego poprzednikom? Wątpię.
http://www.rp.pl/artykul/4,292626_W_sada...
http://www.rp.pl/artykul/89805,207164_Kt...
http://wiadomosci.onet.pl/1976560,11,1,1...
http://www.ms.gov.pl/aktual/090320_rapor...


Jaki fajny tekst, aż miło przeczytać. Jakiś nonsens, że 99%
obywateli miałoby styczność z wymiarem sprawiedliwości w ciągu 3 lat. To praktycznie 100% wliczając błąd statystyczny...
Pegazie
bardzo Ci dziękuję za tekst który uczy, uświadamia i wyostrza spojrzenie. No i za namiar na ciekawe materiały źródłowe. Niestety jestem jednym z mało świadomych obywateli, z poczuciem nietraumatycznej krzywdy po różnorakich doświadczeniach sądowych.
Ukłony raz jeszcze. Szkoda, że nic tu nie wniosę ale laikowi trudno kontrować, polemizować, uzupełniać...