czasy



share

Przed wojną i kawałek po wojnie patologią było jedno nie siedmioro dzieci w rodzinie, tak było. Dziś tekst z cyklu odwieczna wojna psychologii z socjologią, czyli ulubiony obszar użytkowników Internetu, bo temat ogólnie rozwojowy i nie wymagający większej wiedzy. Jak to się zaczyna? A moja babcia miała 7 sióstr i trzech braci. Nie, nie prawda, bo mój tata miał jednego brata! A gdzie tam, moja sąsiadka ma pięcioro dzieci i chleje na umór! Bzdura znam od lat faceta, który wychowuje samotnie czwórkę i wódki do ust nie weźmie. Tyle do powiedzenia ma psychologia. Co na to socjologia? Mój dziadek był jednym z dziewięciorga narodzonych, mój ojciec miał czworo rodzeństwa, ja sam mam jednego brata i jedno dziecko. To jest socjologia, czyli odniesienie do pewnego przekroju, nie do jednostkowych przypadków na podstawie czego przyjmuje się generalne oceny.



share

Był taki czas, jakieś 25 lat i 30 kilogramów temu. Chodziłem do LO w małej mieścinie, ale to było bardzo porządne LO słynące z tego, że w całym województwie (ówczesnym), plasowało się na drugim miejscu wśród LO, których uczniowie dostawali się na studia. Mieliśmy kilku bardzo konserwatywnych nauczycieli, a trzeba wiedzieć dzisiejszej młodzieży, że 25 lat temu konserwatyzm nie miał barwy politycznej. Para najbardziej konserwatywnych profesorów mojego LO, to byli żarliwi socjaliści, nie uznający odstępstw w modzie i zachowaniu. Żadnej litości dla „dysleksji”, najmniejszej tolerancji dla lewicowej subkultury, obojętnie czy chodziło o „Punków”, czy miłośników „The Cure”. Schludne ubranie, równy przedziałek, muzyka i literatura z półki lektur. Pilnowali by się żaden nie wychylił i egzekwowali podwójnie wiedzę oraz niewiedzę o ile komuś przyszło do głowy podskoczyć. Miałem to szczęście, że chodziłem do klasy buntowników i dzięki temu było raźniej.