„Przystanek Woodstock” – w ramach realizacji celów statutowych WOŚP trójka dzieciaków zapiła się na śmierć

Prześlij dalej:

Zbliża się kolejna wokanda (7 maja), którą już tradycyjnie zamierzam rozpocząć od prostowania kłamstw Jerzego Owsiaka wypowiedzianych na sali sądowej. Tradycją stało się również, że cześć faktów przedstawianych sadowi publikuję przed rozprawą. Nie inaczej będzie dziś, ale zacznę od oceny nie od faktów. Byłem w Jarocinie, chyba dwukrotnie, za każdym razem trzeźwy jak świnia, ponieważ taki miałem pomysł na życie w czasach młodocianych. Nim Jerzy Owsiak i potem Jakub Władysław Wojewódzki przerobili Jarocin z kultowej imprezy muzycznej na imienny u cioci, działo się w Jarocinie szokująco, biorąc pod uwagę otoczenie i czas, w którym festiwal się odbywał. „Jabole” lały się litrami, namioty oferujące rozdziewiczenie ogłaszały się oficjalnie przez radiowęzeł, naćpani „polską heroiną” biegali po całym mieście. Skini, ówcześni „kibole”, tłukli Punków, dzisiejszą „antifę i manifę”. Pod sceną królowało „pogo”, taniec przypominający regularną zadymę, a na scenę zapraszano panienki toples. Krótko mówiąc w Jarocinie panował totalny luz, wręcz anarchia, bo wtedy jeszcze nikt nie rozumiał czym jest prawica, lewica i liberalizm, obowiązywało jedno hasło: „jeb*ć system”. Po latach wielu socjologów i publicystów twierdzi, że Jarocin był najbardziej ostrym wentylem PRL zaplanowanym przez esbeków dla młodzieży, żeby się nie bawiła w jakąkolwiek politykę. Może być w tym sporo prawdy, zwłaszcza gdy sobie przypomnimy, kto stał na czele komitetu organizacyjnego festiwalu, a był to ultralewacki Waler Chełstowski, żyjący z władzą ludową i RPIII za pan brat. Natomiast nie jest prawdą, że tamta młodzież i całe to wydarzenie było pod pełną kontrolą esbeków. Nad Jarocinem nie dało się w taki sposób panować, tak się składa, że znam i czas i pokolenie „Jarocina” dość dobrze, ponieważ byłem częścią całości. Nikomu nie chodziło o żadną politykę, to był najzwyklejszy pod słońcem bunt pokoleniowy, protest przeciw wszystkiemu i wszystkim, przeciw całej rzeczywistości i bez pomysłu na jakakolwiek nową rzeczywistość. Żaden polityk nie przetrwałby w Jarocinie, ba, nie przetrwałby żaden komercyjny muzyk, czy celebryta. O ile się pojawiał ktoś z „lepszego towarzycha” zawsze był wygwizdany i okrzyknięty „sprzedajną ku..ą”.

Mam sentyment do Jarocina jako uczestnik i socjolog amator, ale to temat na odrębny felieton, teraz potrzebowałem Jarocina, żeby zbudować wstęp do Przystanku Woodstock. Impreza organizowana przez Owsiaka przypomina coś pomiędzy studniówką, a prywatką ze starymi „na chacie”. Tam nie ma cienia spontaniczności i nawet błoto jest sztuczne, kompletne zaprzeczenie legendarnego pierwowzoru i kompletna profanacja Jarocina. Nie leją się „jabole z gwinta”, tylko piwo od sponsora w plastiku, „pogo” wygląda jak dancingowe dwa na jeden, na scenę zaprasza się polityków i oficjeli zamiast panienek z cyckami na wierzchu. Ugrzeczniona, upolityczniona, kontrolowana pralnia mózgów, pełna komercja i wreszcie hipokryzja. Zupełnie nie zgadzam się z opiniami, że na Przystanku Woodstock dzieją się rzeczy niespotykane, Sodoma goni Gomorę i w ogóle takiego zgorszenia świat nie widział. Przy Jarocinie i oryginalnym Woodstock, impreza Owsiaka jest prywatką pod okiem starych, studniówką z wódką rozlewaną pod stołem i papierosem wypalonym w kiblu. Jeśli tak ma wyglądać wakacyjne szaleństwo, to niczego bym się nie czepiał, po prostu dziwi mnie, że młodzi ludzie zamienili spontaniczność na zajęcia wyrównawcze z „dyrem” Owsiakiem. Natomiast czymś zupełnie innym jest organizacja tego festiwalu za kasę WOŚP i w ramach realizacji celów statutowych, czyli: ratowanie życia chorych osób, w szczególności dzieci, działanie na rzecz poprawy stanu ich zdrowia, działanie na rzecz promocji zdrowia i profilaktyki zdrowotnej. To jest kpina do kwadratu ze statusu fundacji, która co najmniej wykorzystuje luki prawne, jeśli prawa nie łamie.

Nazywając Przystanek Woodstock kpiną z prawa, nie wnikam w żadne aspekty obyczajowe, to mnie nie rusza, jako weteran Jarocina wręcz patrzę z politowaniem na tę „wolność”, odnoszę się tylko i wyłącznie do kwestii formalno-prawnych. Na „Przystanku Woodstock” sponsorem od lat są browary, na festiwal zaprasza się ludzi, którzy wielokrotnie i publicznie domagali się legalizacji narkotyków, taką osobą jest na przykład Kazimiera Szczuka. Choćby Owsiak wytaczał 1000 procesów, to każdy kto powie, że na Przystanku Woodstock narkotyki są obecne i chleje się do woli, również na umór, najzwyczajniej w świecie powie prawdę. Szczerze mówiąc nie przypominam sobie, żeby w Jarocinie ktoś zaliczył autentyczny zgon i skończył w prosektorium, nie twierdzę, że tak nie było, ale takiego przypadku nie pamiętam. Na Przystanku Woodstock w ramach realizowania zdrowotnych celów statutowych fundacji WOŚP, w latach 2010–2013, trójka uczestników festiwalu zapiła się na śmierć. Skąd mam te rewelacje? Mogę powiedzieć – z Komendy Głównej Policji. Czy mam na to dowody? Oczywiście, ale przedstawię je w sądzie łącznie z kosztami w pełni komercyjnej imprezy, które ponosi podatnik. Wbrew kłamstwom Jerzego Owsiaka, to nie dzieci z „Pokojowego Patrolu” bawiące się w milicję obywatelską zabezpieczają tę imprezę, ale ponad 1000 policjantów, których pracę finansuje miedzy innymi Komenda Głowna Policji. Tyle o wokandzie, rockowych festiwalach i prywatce u Jurka Owsiaka, gdzie pod opieką dorosłych dzieciaki zapiły się na śmierć.

6
16949 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

4 (liczba komentarzy)

  1. Przystanek na drodze z "Love me tender" do "Love me gender".

  2. Uświadomiłam sobie dzisiaj, dlaczego po przejrzeniu Salonu24 lubię dla odświeżenia wejść na Twój blog. Chociaż Salon jest jedną z niewielu stron, gdzie można znaleźć ciekawe dyskusje o polityce (niestety, ostatnimi czasy coraz rzadziej) to jedna rzecz mnie tam niesamowicie wkurza: a mianowicie poziom zdziadzienia tego miejsca. Dość często pojawiają się tam nic nie wnoszące wpisy, które można nazwać "narzekaniem na młodzież ponad podziałami". Bo przecież młodzież nie szanuje starszych, nie wierzy w bogów, za naszych czasów to była matura itd. Wydaje mi się, że dla niektórych blogerów młodzi ludzie to inny gatunek, a jego przedstawicieli widzieli dawno temu w jakimś zoo.

    Na tym blogu jest inaczej - podoba mi się w Twoich tekstach ta bezpośredniość i ikra, dzięki którym nie mam wrażenia, że posta pisał Matuzalem, w połowie robiąc przerwę na drzemkę. Myślę, że masz sporą szansę na przyciągnięcie charakterystycznym stylem młodych czytelników (a nawet, że już to zrobiłeś, tyle, że się nie ujawniają w komentarzach). Jakiś czas temu widziałam zresztą na pewnej popularnej, młodej stronie linka do wpisów o Owsiaku, a to o czymś świadczy.

    BTW: zabawne, że mój post wylądował pod typowo salonowymi komentarzami :)

  3. avatar

    Niektórzy młodzi ludzie czytają bardzo chętnie, choć mają kłopot z udzielaniem się w komentarzach. Wiem to na pewno.

    Pewien 22-letni mężczyzna miał dość starego towarzystwa i się z niego wycofał mówiąc: A , idę przeczytać Kuraka Dzisiejszego...

  4. avatar

    Ale starych szanuj. Obecnie młodzi muszą sie zastanowić, czy chce ten okrojony kawałeczek składek zostawić w OFE, czy wpłacać do ZUS. Decyzja jest trudna, coś jak wybór między dżumą a cholerą. Ładnie rzecz ujął Robert Gwiazdowski. Stwierdził on mianowicie, że  wobec rozwoju wypadków emerytury będą conajwyżej symboliczne, więc on nie zrobi nic, bo jest mu wszystko jedno, skąd NIE DOSTANIE EMERYTURY. A ja wam powiadam, pozostańcie w ZUS, to chociaż dla mojego pokolenia coś będzie.
    Za tym przemawia jeszcze jedno. Wiele rodzin żyje z emerytury babci czy dziadka. Do tego stopnia, że kiedy taka babcia czy dziadziuś zemrze, pakuje się zwłoki do zamrażalnika a emerytura dalej wpływa na konto. Nie tylko u nas, w Japonii też były takie przypadki.
    To się nazywa solidarność międzypokoleniowa.