Protesty i służba zdrowia niestety do siebie pasują, ale to nie Radziwiłł jest problemem

Prześlij dalej:

Po prawie roku od przejęcia władzy przez PiS, w służbie zdrowia nie zmieniło się absolutnie nic. Pedanci będą się ratować darmowymi lekami dla starszych, ale umówimy się, że takie kosmetyczne korekty to są grzechotki albo inne kapiszony, z których więcej huku niż pożytku. Dzisiejszy protest pracowników, zwłaszcza młodych lekarzy, jest całkowicie uzasadniony, tak bardzo, że nawet sprzyjająca PiS Solidarność nie mogła się od niego odciąć. Pierwszym krokiem w kierunku oderwania się od rzeczywistości jest zaprzeczanie faktom. Dobrze, że PiS tego nie zrobił i minister Radziwiłł wyszedł do protestujących.

Nie jest to zachowanie standardowe, ale z drugiej strony łaski minister nie robi, a na samych gestach długo się nie pojedzie. Z przecieków dochodzących z Jachranki dowidziałem się, że Kaczor prócz wypalania żelazem nepotyzmu i kolesiostwa, stawiał do pionu kilku ministrów, w tym właściwie ministra zdrowia. Słusznie? Tak i nie, z całą pewnością w szpitalach nadal jest syf, kiła i mogiła, kolejki nie zniknęły, a procedury królują nad zdrowiem i życiem człowieka. Tutaj Kaczyński, protestujący i pozostali krytycy mają rację. Pytanie, czy to naprawdę wina Radziwiłła, że nic nie poszło do przodu? Łatwo powiedzieć, trudniej przedstawić gotowe rozwiązanie. Istnieją dyżurne tematy zaprzęgane do debaty publicznej i w tych dniach mamy dwa na tapecie. Wczoraj zaczęło się od aborcji, dziś służba zdrowia. Ponieważ tematy są dyżurne, to siłą rzeczy wiemy już wszystko o cudownych reformach, które w parę chwil mają zaprowadzić porządek.

Rytualnie ściera się projekt prywatny z projektem państwowym, jeśli chodzi o ten pierwszy to rzeczywiście problem zostałby rozwiązany tyle, że pacjent tej operacji by nie przeżył. Uwielbiam porównanie wymyślone przez „liberałów”, człowiek ma się leczyć, jak chomik w weterynarii, gdzie najdroższa operacja, to sterylizacja za 300 zł. Oparcie zdrowia na komercyjnym biznesie mamy od dawna, zajmują się takim działaniem korporacje i widzimy, co z tego wynika. Wciskanie suplementów na porost włosów przy uszach i jednocześnie trepanacja czaszki, ratująca życie, za milion dolarów. Kto nie posiada instynktów samobójczych na taką „opiekę zdrowotną” się nie zgodzi. Nie znaczy to jednak, że publiczna, czy też państwowa służba zdrowia ma same zalety, przeciwnie i z definicji ma wiele wad. Mimo wszystko upierał się będę, że mamy do czynienia z syndromem demokracji, generalnie system do „d”, ale lepszego nie ma lub nie jest możliwy do wprowadzenia w życie. Pozostając przy racjonalnych argumentach i stąpając mocno po ziemi trzeba sobie kilka rzeczy powiedzieć uczciwie. Przede wszystkim w ciągu najbliższych 5 lat żadnej rewolucji nie będzie, bo być nie może, no chyba, że nagle znajdzie się dodatkowych 60 miliardów w budżecie. Obecnie wydajemy na zdrowie około 6,5% PKB, co daje ponad 108 miliardów. Wchodzi w to budżet NFZ 67,5 mld zł, 24 mld zł na leczenie w prywatnych klinikach i szpitalach oraz dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne i wydatki na leki, ok. 20 mld zł.

Wszyscy wiedzą, obojętnie z jakiej opcji pochodzą, że za takie pieniądze nie da się leczyć w godziwych warunkach i coraz trudniej utrzymać personel. 10 lat temu wyjazd na zachód nie był taki prosty, obecnie do podcierania Niemek i Niemców pamiętających czasy III Rzeszy, nawet nie trzeba być pielęgniarką. Wystarczy chcieć, żeby zarobić 1000 euro plus wikt, opierunek i zwrot kosztów podróży. Takich procesów nie zatrzyma się nadzwyczajną uchwałą, bo one się mieszczą w globalnych przyczynach emigracji. Dlaczego wykształceni ludzie wolą w Wielkiej Brytanii przyklejać rigipsy, niż robić w Polsce karierę na uczelniach, czy w szkołach? Kasa, misiu, kasa! I na kasie stoi cała służba zdrowia. Będziemy się leczyć na ludzkim poziomie, gdy spełnią się nasze odwieczne marzenia, aby dołączyć poziomem dochodów i cywilizacji do krajów zachodnich. W tychże krajach wydaje się minimum 10% PKB, poniżej 6% ma jedynie Estonia i Meksyk. Naturalnie do czasu podniesienia stopy życiowej władza nie ma prawa siedzieć i nic nie robić. Z całą pewnością da się poprawić wiele rzeczy i tutaj nie potrzeba wielkich pieniędzy.

Legendarne kolejki, lekko licząc, w 50% biorą się z totalnego bałaganu. Choćby takie usuwanie zaćmy działa na zasadzie peerelowskich kolejek społecznych. Ludzie zapisują się do kilku, bywa, że kilkunastu szpitali i czekają gdzie będzie szybciej. W efekcie na listach szpitalnych widnieją nazwiska osób, które dawno są po operacji. Nikt mi nie powie, że nie da się w końcu zrobić centralnego systemu ewidencji pacjentów, co na starcie skróciłoby czas oczekiwania najmniej o połowę. Po drugie istnieje NFZ i to jest kompletne nieporozumienie przy finansowaniu służby zdrowia z budżetu. Niech mi ktoś wytłumaczy po cholerę państwu pośrednik do wydawania pieniędzy, przecież to kompletny absurd. Inna kwestia, wyjątkowo wstydliwa, nazywa się wyżywienie i opieka medyczna. Czegoś takiego nawet za komuny nie było, nie mówię, że więźniowie jedzą lepiej, tego żarcia, które dostają chorzy ludzie nie miałbym odwagi psu rzucić. Podsumowując. Jest do zrobienia sporo, żeby w ramach tej kasy, która jest usprawnić służbę zdrowia do poziomu „da się przeżyć”. W bajki o cudownych receptach bez wydatków z budżetu na poziomie 10% PKB nie wierzę i nie robię sobie żadnych nadziei, co też wszystkim ze względów zdrowotnych polecam.

6
18001 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Matka Kurka

Autor artykułu: Matka Kurka

21 (liczba komentarzy)

  1. avatar

    bo przecież to doktorowa1metrodszpadla miała rzec do POsłanki Sawickiej ze tu cyt.."biznes na słuzbie zdrowia ma byc robiony"(albo odwrotnie??) i bedzie robiony..bo przeciez doktorowa1metrodszpadla jeszcze NIE siedzi..(warto wspomniec nieprawdopodobną falę zgonów w aferze szczepionkowej??WARTO!!??)
    co do żarcia w szpitalu..sniadanie w 1nym ze szpitali uniwersyteckich w PL..(neurochirurgia)
    2 kromki chleba
    kostka margaryny o objętości 3 niecałych kostek cukru
    plasterek sera żóltego
    plasterek pomidora
    plasterek wędliny
    WYTARCZY??????????

    jak mają byc leczeni pacjenci w często b.cięzkich uszkodzeniach mózgu i OUN;ludzie z nowotworami mózgu?ludzie po cięzkich wypadkach i b.pow.urazach??
    Wracam do swojej ulubionej teorii spiskowej..biznes na sł.zdrowia był!!jest!!i BĘDZIE ROBIONY!!
    (prosze zainteresowanych obejrzec najnowszego Pośpieszaskiego z przed 2 dni..1sza część o aborcji z G.B...a 2ga..ZNACZNIE CIEKAWSZA!!O wtórnym obrocie lekami..(dziesiątki TIRów wywożą leki za granicę RP)..i leki rozpływają sie na czarnym rynku w PL (też!!)

    i jak tu nie usmiechnąc sie z POlitowaniem nad żartobliwą uszczypliwościa St.Michalkiewicza o tym ze WSI POdobno juz nie ma?? :-))
    no bo jesli ich "naprawdę już "nie ma"...to kto tym INTERESEM naprawdę kręci??
    naprawde tak trudno wysłac kominiarzy w kilka?dziesiąt?miesjc w PL..i wywiezc "ewentualnych zatrzymanych"w "ustronne miejsce"??zobaczylibyśmy kto wysłał by mecenasów w/s obrony..i dale pójśc tym torem..ale to tylko teoria spiskowa.. :-))
    p.s.
    (o swoim nieco dłuuuuższym oczekiwaniu na powtórną KRANIOTOMIĘ pisać nie będę..bo i po co??co to da??)

  2. Potwierdzam, że "Warto rozmawiać" o procederze wywozu leków było b.ciekawe. Nie dowiedziałem się jednak np. dlaczego ceny leków zakontrakowanych dla Polaków przez NFZ (czy tam inną agencję państwa) są tańsze, niż te np. w Niemczech, do których są wywożone. Powiedział jeden z zaproszonych (p.Sośnierz ?), że my jesteśmy rynkiem z 38mln pacjentów, dlatego państwu polskiemu udało się uzyskać takie korzystne warunki zakupu. Niemcy powinni kupować jeszcze taniej, bo to rynek zbytu na 80mln osób. i tu sie sprawdza maksyma, że socjalizm walczy dzielnie z problemami, które sam stwarza.
    Nie wiem, czy nie działa to też w drugą stronę - czasami można kupić taniej leki (do dwóch razy), które np. były pierwotnie przeznaczone na rynek brytyjski, a przyjechały do Polski i nawet były przepakowywane w polskojęzyczne opakowania - nazywa się to "import równoległy". Ciekawym powodu takiego procederu.
    A ja mam jeszcze jedno, retoryczne pytanie - czy np. rutiniscorbin, czy inne "proste" leki, które z powodzeniem były produkowane jeszcze przez socjalistyczne Polfy, muszą być teraz produkowane przez zagraniczne GlaxoSmithKleiny? Dzięki internetowym aptekom, nieraz stwierdzałem, że ten sam lek można kupić 2 razy taniej produkowany przez polską(?) Polfę Warszawa S.A..

  3. jeszcze niedawno w mojej przychodni parę minut po 8 mogło nie być miejsc, po 18 i w weekendy teoretycznie było parę miejsc na miasto półmilionowe gdzie można było pojechać z chorym dzieckiem. Teraz jest o tyle lepiej że można wypełnić "kartę nagłego zachorowania" żeby dziecko z dużą gorączką mogło wejść do lekarza, poza tym zawsze było walka w przychodni jak w Stalingradzie. Na którą Pani ma? Ale ja przyszłam wcześniej.

    Teraz pani z recepcji mówi kto ma wejść. niby detale, ale bardzo poprawiają jakość usług. Taki punktów które można poprawić jest dużo więcej, niedużym kosztem. 

    W szpitalach na oddziałach pediatrycznych - walka o pielęgniarkę, która i tak boi się pójść do lekarza.

    jechałem w tym roku kilka razy trasą Legnica - Zielona Góra. Wzdłuż całej trasy budują trasę szybkiego ruchu. Żeby było łatwiej i wygodniej firmom budowlanym, na wyjeżdzie z budowy ograncizzenie prędkoścci do 50 km. i tak co parę kilometrów.

    I cała Polska cała dobę jedzie tą trasę 50 km na godzinę. o 4 budowlancy jadą do domu, 50 km zostaje. Nikt nawet nie przykryje znaku. Jedzie 100 aut i jedno jedzie 50, wtedy 100 aut jedzie 50. 100 aut rozsądnie  olewa ograniczenie-  to jest deprawowanie kierowców.

  4. Zacznę od proponowanej przez Autora "centralnej rejestracji". Taki system rejestracji to jest oczywista oczywistość, a fakt, że przez 25 lat NFZ-tu (czy Kas chorych) nie zrealizowano tego pomysłu - ba, nawet o nim nie wspominano - oznacza jedno: komuś bardzo zależy, aby tego nie wprowadzić. Charakterystyczne jest  to, że system centralnej rejestracji funkcjonuje absolutnie we wszystkich prywatnych firmach medycznych. A w państwowym NFZ, wydającym 60 miliardów złotych, nie
    funkcjonuje...  

     

     

    Sztuczne kolejki a dar bilokacji wśród lekarzy.

     

     
    Jedną z odpowiedzi dlaczego nigdy nie wdrożono systemu centralnej rejestracji, może być szokujący fakt, że to środowisku lekarskiemu na tym nie zależy! Dlaczego? Odpowiedź daje w jednym z postów w tym wątku "norek2015": lekarz kończy pracę w przychodni o 12:00, i o tej samej godzinie, jakimś cudem zaczyna pracę w innej przychodni w oddalonym mieście. Cud bilokacji... Sam spotykam się z sytuacjami, gdy jestem umówiony do lekarza (np. laryngologa) na określoną godzinę, bo podobno wcześniejsze godziny są już zajęte - ale kiedy przyjeżdżam do tego specjalisty dużo wcześniej, to okazuje się, że nikt nie czeka... Ani w kolejce, ani, co ciekawe, w gabinecie lekarskim... To znaczy, w gabinecie pani rejestratorko-pielęgniarka jest, ale dzielnie recytuje formułkę "pani doktor zaraz będzie, wyszła na chwilę". Pani doktor przychodzi po kilku godzinach i dopiero teraz naprawdę rozpoczyna przyjmowanie pacjentów. Nikt się nie dziwi, bo każdy został umówiony po 12:00, więc każdy myśli, że pani doktor od rana przyjęła już mnóstwo pacjentów, a teraz tylko chwilowo jest pusto, więc doktor sobie gdzieś na momencik wyskoczyła. Nie, ona dopiero przyszła do pracy.

     

     
    Chyba już każdy zorientował się jak to działa. Spora część specjalistów (bo pewnie nie wszyscy) fikcyjnie "umawia" pacjentów na wizyty, o czym nie wiedzą sami zainteresowani. Robi się to po to, aby innym pacjentom dzwoniącym w celu umówienia terminu powiedzieć, że np. do godz. 12:00 już wszystkie terminy są zajęte, więc może po 12:00... Ten lekarz-specjalista powinien przyjmować np. od godz. 7:00, ale zwyczajnie nie ma go w pracy, a siedząca w gabinecie pielęgniarko-rejestratorka klei głupa, gdy przyjdzie ktoś zapytać "czy jest pani doktor"? W tym czasie pani doktor przyjmuje w szpitalu, albo w prywatnym gabinecie. Pani doktor zjawia się o godz. 12:00 i zaczyna normalnie przyjmować pacjentów, chociaż zgodnie z kontraktem zawartym z NFZ-tem, powinna to robić już od godz. 7:00. No ale od 7:00 do 12:00 ona przyjmuje gdzie indziej, wobec tego między 7:00 a 12:00 trzeba sztucznie "poumawiać" pacjentów. Niestety spotkałem się z tym procederem nie raz. W ten sposób "wszystkie terminy są zajęte" na 8 miesięcy na przód. z tym, że połowa sztucznie. Przecież pani doktor musi jakoś "obskoczyć" dwa etaty. 

     

     
    Ten przekręt (inaczej tego nie da się nazwać, bo jednak NFZ płaci pani doktor za przyjmowanie pacjentów od 7:00) jest bardzo trudny do wykrycia, bo nawet jeżeli o godz. 7:30 w przychodni pani doktor zjawiłby się kontroler z NFZ, to rejestratorka okaże zeszyt cały zapisany autentycznymi nazwiskami pacjentów, którzy rzekomo telefonicznie zapisali się dzisiaj na wizytę, ale "widzisz pan, jacy są ludzie, zapiszą się, ale nie przyjdą. Co pan poradzisz...". 

     

     
    Niewątpliwie wielu pacjentów, zwłaszcza tych poważnie chorych, zapisywało się równolegle do wielu lekarzy - trudno się dziwić, spanikowany człowiek, drżący o swoje zdrowie lub życie, długo się nie zastanawia, gdy mu powiedzą:  "za 6 miesięcy" – zrobi wiele, aby się ratować. Jednakże nie bez powodu napisałem "zapisywało się", czas przeszły, ponieważ już od dłuższego czasu jest to praktycznie niemożliwe, gdyż przychodnie specjalistyczne żądają od zapisujących się pacjentów dostarczenia skierowania w ciągu 14 dni. Niedostarczenie skutkuje skreśleniem z listy oczekujących. Mam prawo przypuszczać, że obecnie głównym "generatorem" sztucznych kolejek jest proceder wyżej opisany, a nie pacjenci. Wprowadzenie centralnego systemu rejestracji przetnie tę patologię.

     

     
    Sprawa ewentualnej likwidacji NFZ-tu.

     

     
    Nie sądzę, aby to dało jakikolwiek skutek. NFZ nie jest jedynie pośrednikiem, jest także podmiotem zamawiającym kontrakty medyczne, rozliczającym je, i kontrolującym wykonanie. Pamiętajmy, że niemal cała opieka zdrowotna na poziomie gabinetów i poradni jest w rękach PRYWATNYCH przychodni. W zasadzie tylko szpitale są w większości państwowe lub samorządowe (część sprywatyzowano z fatalnym skutkiem). NFZ zawiera więc kontrakty na usługi medyczne w większości z prywatnymi podmiotami, np. z taką panią laryngolog, która posiadła dar bilokacji. Jeżeli 60 mld zł ma być transferowane w sporej części do podmiotów prywatnych (a tak teraz jest, i pewnie będzie w przyszłości), to nie ma możliwości likwidacji NFZ, bo do rozliczania niemal 15 miliardów dolarów potrzebna jest rzesza ludzi. W NFZ pracują nie tylko urzędnicy, ale także wysokiej klasy lekarze-specjaliści, którzy monitorują potrzeby medyczne, finansowe, określają sposoby kontroli celowości wykonanych procedur medycznych. W NFZ pracują także księgowi, rewidenci, aktuariusze. Dokładnie tak samo jest w prywatnych firmach ubezpieczeniowych. Prywatni ubezpieczyciele też mają armię specjalistów, którzy pilnują czy podmioty medyczne z którymi mają kontrakty, nie naciągają ubezpieczyciela na koszty. Ewentualna likwidacja NFZ oznacza tylko tyle, że armia urzędników i specjalistów z NFZ przejdzie bezpośrednio pod egidę rządu, bo nikt tych ludzi nie zwolni, nikt nie pozwoli sobie na to, aby 15 miliardów dolarów państwowych pieniędzy puścić do prywatnych przychodni, prywatnych gabinetów diagnostycznych, prywatnych ambulatoriów, laboratoriów, prywatnego transportu sanitarnego, prywatnych gabinetów rehabilitacyjnych, prywatnych pielęgniarek środowiskowych, prywatnych praktyk położniczych, itp. na żywioł, bez umów, kontraktów, bez kontroli, bez rozliczania. Ktoś tę robotę musi wykonać, obojętnie czy pod szyldem rządu czy NFZ-tu.
     

  5. Niestety, darmowe leki dla seniorów to duża ściema. Moja 90 letnia babka, która w zasadzie się nie porusza, musi przyjmować ok. 10 leków.  Bezpłtany może mieć jeden, o ile otrzyma odpowiedni dokument od pulmonologa. Pulmonologa w rejonie nie ma, trzeba odczekać swoje w kolejce i wieźć babkę karetką na wizytę, by otrzymać to zaświadczenie. Załatwienie karetki na konkretny termin to sprawa nieprosta. W rezultacie, w tym przypadku, budżet nie poniesie żadnych dodatkowych kosztów.

  6. avatar

    Jestem pewna, że Twoja babcia musi mieć zaświadczenie od pulmonologa.

  7. Racja. Błąd poprawiłem.

  8. Proponuję wszystkim obejrzeć pierwsze pół godziny filmy "Lepiej być nie może" z Nicholsonem - tam jest poruszony problem służby zdrowia w USA na przykładzie dziecka ulubionej kelnerki głównego bohatera.

    Z życia wzięte.
    W GB na wizytę do ginekologa "z ubezpieczalni" czeka się 6 miesięcy. Wizyta prywatna kosztuje 150 GBP. No to dziewczyny pracujące na zmywaku w Londynie wsiadają w samolot, lecą do W-wy, tu idą do lekarza (prywatnie), płacą 150 zeta i są jeszcze na tym do przodu.

    Nie tylko w Polsce "powszechny dostęp do służby zdrowia" jest fikcją. Tylko, że gdzie indziej ludzie mniej udają, że w taką fikcję wierzą

  9. avatar

    Nie tylko dziewczyny pracujące na zmywaku, ale i osoby wykonujące dobrze płatną pracę, zaliczają wizyty u wszelkiej maści specjalistów przy okazji wizyty w Polsce. Para znajomych inżynierów z USA łączy przyjemne z pożytecznym fundując sobie w starej ojczyźnie raz do roku prywatne leczenie stomatologiczne jednocześnie nawiedzając polskich krewniaków. 

  10. Ludzie płacili lekarzowi SKŁADKI ZDROWOTNE za każdy dzień ,jak byli zdrowi .JAK BYLI CHORZY to nie płacili .Oczywiście lekarz stawał na głowie ,aby jak najszybciej WYLECZYĆ(A NIE LECZYĆ) chorego ,by ten znów płacił składki !
    Kur..a jakie to proste.
    Za rządów AWS pan Sośnierz wprowadził DYSKIETKI w woj.śląskim dla pacjentów .Do tej pory NIKT tego rozwiązania "nie może wprowadzić"w całej Polsce..Ja bym wprowadził jeszcze dyskietki RCP (rejestr czasu pracy) dla LEKARZY!  Lekarz potrafi kończyć pracę  w szpitalu o 12-00 i zaczynać w przychodni oddalonej od szpitala 30 km  o 12-00 ..Kto z kolejki się ODWARZY opier..ć lekarza no kto?

  11. We wszystkich rokowaniach medyczno-rządowych brakuje najważniejszych ludzi, czyli reprezentacji pacjentów. Naprawdę nie po to jest służba zdrowia by lekarzom żyło się lepiej. Jest z grubsza po to, by przedłużać sprawność siły roboczej narodu. Zawsze, po każdych zakończonych sukcesem strajkach, los pacjentów pogarszał się, bo trzeba było ograniczać dostęp do leczenia, by forsy starczyło dla lekarzy.

  12. Mafia w białych kitlach. Zdrowie nie ma barw politycznych, przekonał się o tym rzecznik SLD Kalita.
    Bossowie medycyny, w niewidzialny sposób, sterują układami w służbie zdrowia. Do tej pory mieli z górki, ciekawe czy teraz też? Prywatne kliniki, sposób ich działania, zostały już dawno szczegółowo opisane: najdroższe procedury (kardiologia, stomatologia, okulistyka).
    Nie mam pomysłu na reformę, dosypanie kilkunastu miliardów do NFZ, to przyznanie się do porażki.

  13. Czyli biali v. czarni. A kto prowadzi? CZERWONI.

  14. Witam, Panie Piotrze :) Słowem wstępu chcę powiedzieć, że często czytam Pańskie felietony i wiele myśli wydaje mi się trafnych. Nigdy nie zabierałam głosu na forum, ale tym razem temat bardzo mnie dotyczy, bo za okrągły rok kończę studia medyczne na kierunku lekarskim w Warszawie. Obecnie idę na 6. rok
    Odważyłam się na komentarz, bo istnieje wiele rzeczy, które po ludzku bolą. Na przykład historia prawdziwej perły intelektualnej,  koleżanki z mojej podwarszawskiej miejscowości, która właśnie rozpoczyna staż. Miała świetne oceny w szkole, błyskotliwy umysł, a jednocześnie swoje zasady i wartości. Za chwilę do niej wrócę.
    Żeby się dostać najpierw trzeba napisać maturę. W naszym przypadku była to biologia i chemia na poziomie rozszerzonym oraz fizyka na poziomie podstawowym. Wynik około 85-90% z każdego.. Na studiach czekał nas sprawdzian niesamowity, bo przede wszystkim walka z czasem i z samym sobą.. na przykład anatomia prawidłowa i czynnościowa całego układu nerwowego w miesiąc oraz testowanie tej wiedzy na ludzkim ciele. Prawda jest taka, że nikt nie był w stanie podjąć się stałej pracy w trakcie studiów, a sesje wymagały totalnego usunięcia się ze społeczeństwa na 1-2 miesiące. Dużo ludzi po takim doświadczeniu reagowało problemami ze zdrowiem albo uciekaniem w używki. Znam wiele osób, które zmagały się na przykład z łysieniem plackowatym. W wakacje też nie mamy lekko, bo obowiązują nas miesięczne bezpłatne praktyki (w Radomiu i Krakowie wymagają wręcz od studenta opłacenia czasu, który tam spędza!)A potrafi to być kwota rzędu kilkuset złotych. Nie opisuję tego wszystkiego dla masochistycznej przyjemności.. Chcę od kuchni przybliżyć sytuację młodych przyszłych i młodych obecnych lekarzy.
    Koleżanka, o której wspomniałam powyżej, idzie na staż do Warszawy. Dostanie okolo 1450 zł oraz około 100 zl za kazdy dyżur całonocny... a musi odbyć ich 4 w miesiącu. Za taką pracę nie osiągnie dochodu 2 tyś.. a w Warszawie kawalerka (o większym mieszkaniu nawet nie marzy) kosztuje ponad tysiąc złotych, nie wspominając o życiu. Dziewczyna planuje sprzątąć i prasować popołudniami u jakiejś rodziny, którą znalazła dzięki ogłoszeniu w gazecie czy w Internecie. Gdy mi o tym powiedziała to przyznam, że sama poczułam się upokorzona. Ludzie idą na prywatne uczelnie, na zajęciach nie robią nic, zaliczenie za obecność i ściągają na egzaminach. Potem dostają pracę w Mordorze i śmieją się z nas... bo po stażu na tzw. rezydenturze pensja nie pozwala na rozwój i jednocześnie założenie rodziny. Około 2200-2300 zl plus jeśli ktoś dyżuruje (jak się ma małe dziecko to odpada..) około 300 zł za dobowy dyżur. Dodam, że to nie jest wklepywanie danych albo liczenie słupków... to często trudne decyzje, komu udzielic pomocy najpierw, kogo odesłać do domu, kogo zatrzymać na obserwacji, szycie ran, analizowanie i opisywanie zdjęć. Pamiętam z praktyk na pediatrii młodą doktor, która miała rocznego synka. Marzyła jej się konferencja, tzw. Jesień pediatryczna, ale kosztowała 500 zł. Wydała pieniądze na szczepienia i dzwoniła do firm farmaceutycznych, żeby jej to opłacili
    Musiała prosić się o tak oczywistą rzecz, jaką jest szkolenie.
    Później jest lepiej... ale tylko wtedy, gdy się otworzy prywatny gabinet i dorabia w milionie miejsc. Często słyszałam od specjalistów, że w szpitalu zarabiają około 4 tysiące. A to oznacza 6 lat ciężkich studiów, 13 miesięcy stażu i od 4 do 6 lat specjalizacji plus dalsze kształcenie i na przykład doktorat.
    Niemcy tylko na to czekają, żeby nas wydrenować. Nie płacą za wykształcenie lekarza, spijają śmietankę. Dla kogoś, kto w 2 tygodnie opanowuje materiał z całej nefrologii, nauka języka niemieckiego to żaden problem. Słyszałam, że kuszą na przykład wyborem dowolnej specjalizacji, pensją na początek 1-2 tys. euro, mieszkaniem służbowym i wlasnym nauczycielem niemieckiego. Tutaj otwiera się kolejna zakładka, pt.: miejsca na specjalizacje, ale nie wiem, czy już nie wystarczy tej przygnębiającej wiedzy. Powiem tylko, że znajomości mile widziane, w renomowanych placówkach jedno miejsce, z góry zarezerwowane albo w innych przeładowanie rezydentami.
    Pozdrawiam i mam nadzieję, że trochę pokazałam problem od kuchni.
    PS jeśli chodzi o obsadzanie na stanowisku Ministra Zdrowia to uważam, ze przydałby się człowiek o wykształceniu menadżerskim albo kombinacji medycyna + studia z zarządzania. Bo jak od człowieka, który ma za zadanie leczyć i temu poświęcone są jego studia, oczekuje się właściwego rozdysponowania środków i organizacji całego systemu?
    PS2 to taka spontaniczna wiadomość, zlepek różnych historii, zarysowanych jedynie
    Pozdrawiam!

  15. avatar

    Oby ten system naprawili tak, żeby Pani tego doświadczyła.

  16. należał do najtrudniejszych. Owszem, obowiązywały tzw. "plecy & układy", ale w drugą stronę istniały też "punkty za pochodzenie (wyrównywanie szans dla dzieci z rodzin robotniczo chłopskich).
    Od czerwca przechodzę na samym sobie eksperyment tzw. Karty Pacjenta Onkologicznego. Zanim doszło w ogóle do diagnozy przeszedłem, w kolejności:
    RTG klatki piersiowej (bez sensu)
    Tomografię komputerową bez kontrastu (coś dało, pokazało skupisko masy patologicznej)
    Biopsja pod kontrolą USG (porażka nic nie znaleziono, gdyż USG za mało dokładny). To badanie robiono w innym miejscu, odległym od Centrum Onkologii o około 400 m.
    Druga biopsja robiona pod kontrolą rezonansu magnetycznego i w kontraście. Zalecenia: naświetlanie lampami 2 razy po pięć dni. Biopsja robiona w Szpitalu na Zaspie (odległość od Centrum o ca trzy kilometry). Naświetlanie na Oddz. Akademii Medycznej.
    Po lampach wizyta u lekarza prowadzącego, dalej nie wiadomo co mi jest, dostaję skierowanie na PET. Tydzień czekania na badania i dwa na wyniki - prawie miesiąc. Wracam z wynikiem - lekarz prowadzący na urlopie, bez uprzedzenia. Korzystam z usług zastępcy.
    A DOKUMENTACJA SOBIE WĘDRUJE, PRZYBYWA LEKARZY, PRZESTAJĘ TO OGARNIAĆ.
    Ten ostatni lekarz zleca chemię. Ja mam żyły w bardzo złym stanie, pobranie krwi to z reguły pół godziny + 10 ukłuć. Od początku sygnalizuję problem, ale nikt mnie nie słucha. Zaczynam chemię, przez godzinę trzy pigułki nie mogą się wkłuć. W końca ktoś mi mówi o PORT, mała chujowinka wszczepiana obok szyi umożliwiająca bezproblemowe podanie chemii. Czas od pierwszej próby podania chemii, do jej faktycznego podania 2 tygodnie.
    Ja tu się nie skarżę na swój głupi los, ja zadaję pytanie:
    Każde z tych miejsc ma swoją aparaturę (może poza lampami, ale dla tego celu już budują oddzielny oddział, cud techniki,  sale dwuosobowe, telewizor w każdej, kącik higieniczny itp., itd.), Czy nie można było tych badań wykonać w jednym miejscu czasie?
    Ile mnie zdrowia kosztowały dojazdy, kolejki, stress związany z pobieraniem krwi?
    I co z tego, że Panienka ma dobre chęci, że rozumie czym jest nowoczesna medycyna, KIM JEST PACJENT, skoro nie macie żadnego wpływu na procedury, gromadzenie dokumentacji? Czy uzyskam kiedyś tam odpowiedź: po co (bezsensownie?) gnano mnie przez tyle przychodni, rejestracji, gabinetów, oddziałów szpitalnych.

    Dodano 14:45, co mnie nagle z tą regułą trrzepło? Skąd ta "regóła", przecież, aż gryzie w oczy! Poprawiam.

  17. Tak, ja to obserwuję od roku jako osoba towarzysząca. Wcześniej sądziłem że nie jest dobrze, ale nie wiedziałem że aż tak. Leczenie to samotna walka z przychodniami, szpitalami, NFZ tem, i niestety z lekarzami o życie swoje lub bliskiej osoby.

  18. Jedna ma wolny zawód i to ona głównie mnie dowozi. Mam wszystko co jest na rynku i to poza rynkiem :-P

  19. avatar

    Jak to jest, że publiczne szpitale mają kłopoty z zakontraktowaniem usług z NFZ? Za publiczne pieniądze ma być publiczna służba zdrowia, a za prywatne niech sobie będzie medyczny biznes. Tylko to wyleczy publiczny system, który teraz daje prywatnym nie tylko świadczyć usługi, ale np. spłacać ich sprzęt i jeszcze robić sobie zyski z publicznej składkowej kasy.

    Szpitali jest dość, prywatne i zakontraktowane mogą być tylko gabinety lekarzy pierwszego kontaktu z myślą o szerokiej dostępności, a podstawowe to interna, pediatria i ginekologia. Najpierw kontrakty z publicznymi jednostkami, a co zostanie to dla nich.

    NFZ to koryto utworzone dla wybrańców i pamiętam z zapowiedzi, że ma być zlikwidowane.

    Szpitale to jest teraz syf, bo nie ma w nich gospodarzy. Jedna firma robi sprzątanie, inna jedzenie, inna pranie, inna wozi pacjentów na wózkach. W szpitalach są kuchnie i pralnie, nie trzeba pasożytów karmić. Salowe, sanitariusze i kucharki na etatach, ordynator ufa oddziałowej, oddziałowa zarządza ludźmi tak jak kiedyś, jest zespół, który pracuje jak zespół, a nie przychodzą przypadkowi ludzie zrobić swoje na śmieciówkach i w dupie wszystko mają. Na takie układy nie ma "menadżera", żeby to poskładał, nie da się zarządzać takim zlepkiem.

    Lekarze teraz dobrze zarabiają, pielęgniarki również, i protestują tylko dlatego, że mają czym szantażować. Nie rozczulałabym się nad nimi, a zwyczajnie ogłosiła ich zarobki, niech "ludzie" wiedzą. Oświadczenia majątkowe na przykład? Tak, jak każdy powinien oświadczać, kto bierze pieniądze publiczne. Mało im i chcą wyjechać za granicę? Dobrze, ale niech najpierw odpracują studia, albo zapłacą za nie. Jeden rok medycyny na UW w Warszawie kosztuje 11 tysięcy dolarów.

    Trzeba wrócić do poprzedniego systemu kształcenia lekarzy po studiach, bo "dogoniliśmy Amerykę". Rezydentura to jest niewolnicza praca na rzecz grubych ryb. Za dużo z życia zabiera, i uczy na błędach (na pacjentach). Zrobiono to dla własnej wygody a nie po to, żeby kogokolwiek dobrze wyszkolić. Szkolenia lekarzy powinny wrócić do domeny wysiłku publicznego, który jednak ma cenę i za który trzeba będzie zapłacić, jak się odwidzi.

    Trudna to recepta, ale jedyna, która może dać skutek zaistnienia prawdziwej publicznej służby zdrowia. Pieniędzy nie jest dużo, ale kolesie jednak krocie zarabiają.

    Żeby móc cokolwiek zrobić w reformowaniu systemu, trzeba zacząć od korporacji zawodowej, Izba Lekarska to jest mafia. Tu trzeba zmienić ustawę tak, żeby te łajzy odsunąć od koryta.

    To piszę ja, lekarz.

  20. 20 lat stażu pracy.
    Ja biorę na czysto 15-16tys miesięcznie. Ale pracuję ok 320 godzin, nie mam urlopu. 
    Więc to jednocześnie i dużo i mało.  
    Wolałbym zostać posłem, lub ministrem.

    Jeśli się o czymś pisze, trzeba się cokolwiek orientować. Akurat Izba Lekarska koryto ma małe, jest to twór wprwadzie niepotrzebny, ale i bez wpływu na cokolwiek. Podczas wyborów dowładz izby, raczej trzeba brać łapankę. 

  21. zobacz kto i jak robi kasę na "biednej" służbie zdrowia

    http://nie.com....

    nie wspominając już o prywatnych centrach medycznych nie mających problemów z kontraktami na usługi obcinanych permanentnie szpitalom