Pietruślandia i plan P.

Prześlij dalej:

Właściwie nie zamierzałem pisać o takim aktorze jak pan R.P. Jego działalność to już zamykający się rozdział w polskojęzycznej przestrzeni cyrkowo-medialnej.

Ale ten jego „plan P.” z poniedziałku mnie sprowokował. Słuchając jakże żwawego i pewnego siebie głosu naszego bohatera, po prostu zaniemówiłem.

Pomijam ten stek błędów i gaf, pomijam sposób mówienia tego faceta - nerwowo, sloganowo, bez treści, bez głębi, bez azymutu ani ducha.

Pomijam pół-drwiący uśmieszek, wymijające odpowiedzi, traktowanie wielu ludzi, w tym także pytających go dziennikarzy z wyższością lub lekceważeniem.

Najbardziej wkurzającym jest to jego wielkie ego: „Ja zaproponowałem siebie”.

Chylcie czoła i basta! Narody klękajcie! – Przed kim? Przed czym? Czy ten kabareciarz nie słyszy donośnego chichotu historii na swój temat?

Pamiętacie taki film pod tytułem „Kandydat” z Meryl Streep w roli matki kandydata, Liev’em Schreiber’em w roli kandydata i Denzelem Washingtonem w roli demaskującego przyjaciela? Tam kandydat na prezydenta USA zostaje poddany pełnej kontroli poprzez wszczepionego mikroczipa i poprzez „pranie mózgu”. Słuchając naszego autora „planu P.” miałem nieodparte wrażenie, że jego zachowanie jest bardzo podobne do kandydata ze wspomnianego filmu. No, ale powiecie, że to moje teorie spiskowe i aberracje umysłowe. A gdyby jednak nie? Któż by za tym mógł stać? Nie, to na pewno moje urojenia…Hmm…

Wracając do ego – czy ja się przesłyszałem, że ten pan chciałby zostać premierem rządu w Polsce? A może jednak nie w Polsce, tylko w jakiejś Pietruślandii? No, ale właściwie jaki plan – bo żadnego planu nie ma i nie widać. To chyba wyłącznie plan na podtrzymanie kariery politycznej pana P., któremu grozi już wkrótce niebyt polityczny. A więc antidotum bez treści, czyli robienie wrzawy medialnej wokół siebie.

Poza jednym nazwiskiem jakiegoś nieznanego mi eksperta – jak to ogłosił pan P. – pewnej totalnej partii anty-obywatelskiej, nie usłyszałem żadnych nazwisk. A jak się zakłada stowarzyszenie, panie P., to chyba musi to być grupa osób – gdzież są ich nazwiska? No, chyba, że to figuranci, albo wszyscy mają to samo nazwisko P. i nie trzeba więcej nazwisk, a stowarzyszenie jest – rodzinne…

Według bohatera tej opowieści - P. – jego plan to „inicjatywa, która łączy” – ale kogo, do kroćset? Totalsów z ćwierć-totalsami? Wodę z ogniem? Różowych z czerwonymi? Cholera, testuję kopy kombinacji – i nic mi nie pasuje. A więc kogo? A może pana P. z jakimiś nieznanymi nam siłami, dysponującymi czymś, co się może przydać panu P. w wykonaniu swej misji??? No, cóż, znów ponosi mnie paranoja spiskowych teorii dziejów, więc przepraszam i obiecuję, ze będę się pilnował.

Kogo chce pan P. porwać do swojego planu? Co nam podpowiada sam bohater? Na pytanie: „czy rozmawiał Pan z innymi liderami partii politycznych?” pada odpowiedź: „nie chciałbym cytować moich rozmów”. Pieron jeden wie, co to ma znaczyć, ale chyba te rozmowy były dość wybuchowe, jeśli główny aktor wydarzenia nie chce ich nawet wspominać. Dalej mówi: „Są eksperci”, ale nie padły żaden nazwiska, więc nie wiadomo, skąd, jakim mówią językiem, od czego są tymi ekspertami, no, kurczę, nic nie wiadomo. I jeszcze: „Wiele osób zaangażowanych w KOD” – no, tu już mi coś świta, to chyba krótkoterminowi odpalacze dymu, czyli po prostu zadymiarze. Ale znów żadnych nazwisk, imion – nic, właściwie tylko pic. Aż wreszcie jeden z przytomniejszych dziennikarzy na posterunku pyta: „Czy to kabaret?”, na co nasz bohater z ogromną swadą odpowiada: „Dziękuję bardzo za to pytanie”. No, i bądź tu mądry! Co ta odpowiedź ma znaczyć? To nie na mój skromny intelekt, to chyba wyżyny nieznanej mi dyplomacji z innego kręgu kulturowego. No, ale może jednak pan P. chce porwać za sobą satyryków i kabareciarzy?

Druga, po dużym ego, bardzo widoczna sprawa, która biła z jestestwa pana P., to ogólnikowość . Same ogólniki: plan, nowe problemy, nowe wyzwania, coś tam trzeba, plan, plan , plan, oj, przepraszam, chyba płyta mi się zacięła. A, nie! To wypowiedzi naszego aktora! Uf, myślałem, że zwoje mi się przegrzały….

No i, po trzecie, żenada treści bez treści:

„To jest formuła łączenia” – powiada pan P. – a ja pytam: łączenia czego w co? Placków na łące w śmierdzące stosiki? Formuła matematyczna czy ekonomiczna? A kto ją napisał i jak brzmi ta formuła? Bo do tej pory to zwykła arytmetyka i księgowość własnego środowiska się panu P. rozjeżdżały.

Według pana P. trzeba „Czerpać z rozwiązań, krajów, które są bardziej rozwinięte”. A ja się pytam: w czym bardziej rozwinięte – w rozmywaniu pojęć i systemów wartości, stosowaniu eutanazji czy porwań dzieci przez jakiś „amt”, w łupieniu innych krajów, odstawianiu dziadków do domów starców, produkowaniu śmieci itd.? Ale już w dziedzinie powoływania i wyboru sędziów –to nie???!!! Cóż za hipokryzja?

Na pytanie jednego z dziennikarzy: „Po co do tego stowarzyszenie?” pan P. odpowiada: „potrzebne finansowanie, nic się nie robi za darmo…” – no, właśnie, tu nam się obnaża jeden z motywów: kasa! Do polityki idzie sobie ten chłopiec, żeby napchać kabzę? Ja bym chciał, do stu tysięcy fur beczek diabłów, aby do polityki szli ludzie, którzy czują powołanie do pełnienia służby publicznej, którzy mają misję państwowotwórczą, dla których „kasa” jest drugorzędna. A tu masz, babo, placek! Taki zawód mi zrobił pan P.!

Ktoś z dziennikarzy pyta: „Jeżeli to nie jest granie na siebie”, to co to jest? A pan P. odpowiada: „mnie interesuje wpływ na rzeczywistość, stanowiska są wtórne”. W tym momencie – nie wiem, kurczę, dlaczego - oczami wyobraźni widzę dużą piaskownicę z zabawkami, grupkę dzieci i jednego chłopca P., który dyktuje dzieciom, kto może jaką zabawką się bawić, i gdzie wolno w piaskownicy kopać. Nie ważne, po co, w jakim celu, z jakim uzasadnieniem – ważne, że ten chłopiec „ma wpływ na rzeczywistość”, nawet bez stanowiska. Hmm… – sterowanie z tylnego siedzenia mu się marzy, z ukrycia?

Głosi pan P, że potrzebne są „rozwiązania kompromisowe, na które Polacy czekają”. No, jak Boga kocham, trochę się zdenerwowałem – przepraszam, panie Boże. Ja nie czekam na żadne rozwiązania kompromisowe pana P. Ja czekam na rozwiązania słuszne, jednoznaczne, klarowne, dogłębne, jak trzeba - radykalnie słuszne, takie jak oczyszczenie państwa, jego służb, sądownictwa, aparatu urzędniczego, kadry nauczającej i lekarskiej z przestępczych elementów, korupcji, kolesiostwa, złodziejstwa i niekompetencji. Ja czekam na zbudowanie silnego państwa, bardzo silnego swoją etyką, przejrzystością, szybkością, przyjaznością dla ludzi, efektywnością i kompetencjami na najwyższym poziomie. Ja czekam na zrealizowanie idei społeczeństwa solidarnego, wspólnotowego, szanującego Dekalog, promującego zdolnych, uczciwych. Ja nie chcę przenigdy waszych zgniłych półśrodków, zgniłych kompromisów! Oj, ciśnienie mi chyba podskoczyło, adrenalina daje mocno…

Ogłasza pan P.: „Trzeba wygrać wybory”, a dalej podpiera się stwierdzeniami typu „wiemy z marketingu politycznego” – a więc chodzi o marketing, opakowanie, wabik, o zdobycie ciepłego miejsca w radzie, sejmiku czy parlamencie. Środek chyba się tu pomieszał z celem. Czy to ja już zwariowałem?

Pan P. szykuje „kontrofertę do planu Morawieckiego”, jak zapowiedział. A zatem znów kontra, walka, fronty, wojenka – a nie współpraca, lepsze propozycje programowe, dopracowanie pewnych reform lub procesów, opracowanie nowych wspierających rozwój Polski technologii, metod, sposobów działania. Czy ja coś może przespałem? Ja słyszę wciąż jakiś dziwny, obcy mi język, jakby z innej planety. Język walki, drwiny, cynizmu, deptania innych. Cholera jasna, kiedy to się skończy…? Wciąż jakieś podziały: zwolennicy planu Morawieckiego kontra zwolennicy planu P.? Dumni polscy patrioci kontra zakompleksieni unioniści?

Ja już panu P. mówię; „dość”. Zwalniam pana P. ze służby publicznej i nie chcę dawać na to naszych podatków. Amen.

Źródło foto: 

własne

0
1203 liczba odsłon

Autor artykułu: Askalek