O co chodzi – wojna – kawa na ławę

Prześlij dalej:

Wielu ludzi, w tym moich znajomych, pyta, o co chodzi w dzisiejszym świecie, w polityce, w działaniach różnych rządów, partii, grup, korporacji. Przeważnie są to ludzie, którzy nie dopuszczają i nie wierzą w żadne nieznane (niezrozumiałe) im zjawiska, które szybko ogłaszają „teoriami spiskowymi”. Poniekąd to reakcja znana od zarania ludzkości, że rozmaite zjawiska, zamiast rzeczowo wyjaśniać, ogłasza się „cudami”, „przypadkami”, „wypadkami przy pracy” i w podobny niedorzeczny sposób.

Przykładem jest obieg pieniądza. Gdy mówię przeciętnemu Polakowi, że Polska jest rokrocznie oskubywana na kilkaset miliardów złotych (koszty inflacji, odsetki od długu publicznego, koszt niedoborów pieniądza na rynku, koszty wszelkich licencji, franczyz i „opłat marketingowych” na rzecz zachodnich korporacji, zwolnienia podatkowe tychże korporacji, ucieczka od podatków tychże korporacji w postaci „konsolidacji finansowej w ramach grup kapitałowych”, obrót towarowy przez granicę „w tę i z powrotem”, „optymalizacja luksemburska” itd. itp.), to słyszę jakiś rodzaj żachnięcia i opinię, że to przesada, przecież my „tyle korzystamy z pieniędzy unijnych”. No i gadaj zdrów! Spokojne, konkretne wyjaśnianie, łącznie z wyliczeniem, nie działa, bo albo nie ma czasu (pokazanie na liczbach nieco trwa), albo włączają się emocje i blokują myślenie – emocje, wynikające z tłumaczenia polskiego interesu narodowego, który dla wielu jest pojęciem abstrakcyjnym, a jest podejrzany, bo przeciwstawia się kosmopolityzmowi i wykorzystywaniu Polski, co jest „takie antyeuropejskie”.

Przykłady można mnożyć – ruchy „ekologiczne”, które blokują inwestycje, by wydrzeć pieniądze, rzekome ocieplenie klimatu i „redukcja CO2”, pracownicy delegowani, bezpieczeństwo energetyczne, tzw. uchodźcy i wiele, wiele innych. Wszędzie i zawsze stoją za tym jakieś grupy interesów, które chcą na tym zarobić. Dopóki im się to ułatwiało, chwalili Polskę, w której wyprzedano za bezcen przemysł, banki, nawet elektrownie i koleje. Teraz, gdy przestano to ułatwiać, a wręcz się poniekąd utrudnia, rozpoczął się hałas, jaka to Polska ponoć niepraworządna, wroga Europie itd. Zresztą kilka lat wcześniej dokładnie tako samo wrogie ujadanie odbywało się wobec Węgier Viktora Orbana.

A, zatem, o co chodzi w tym tyglu wydarzeń światowych, europejskich i polskich?

Po pierwsze, gdy nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze. O pieniądze chodzi w „budżetach unijnych”, „dopłatach dla rolników”, bombardowaniu Libii, Syrii i Iraku, walkach o Nord-Stream 2, przerzucaniu wielkich liczb imigrantów, w regulacjach prawnych unijnych, krajowych itd. W świecie, w którym fetyszem (bożkiem) stał się zysk, kasa rządzi i dla pieniędzy oszalało mnóstwo ludzi. Pieniądz stał się dla wielu celem, stał się towarem, zamiast swojej pierwotnej funkcji środka wymiany towarowej. Więc „robi się” pieniądze, drukuje bez przytomności, a bańka finansowa jest już ok. 50-krotnością realnej gospodarki (inaczej: 98% pieniądza krążącego po świecie nie ma pokrycia w realnej gospodarce, a służy tylko grze i spekulacjom). Szaleństwo do sześcianu!

Po drugie, chodzi o władzę, ale nie na skalę jednego małego kraju, lecz na skalę światową. Rozmach działań i dewastacji, które są czynione w imię tej władzy, pokazują różne relacje, książki i filmy, np. „Doktryna szoku” Naomi Klein, „Krąg” Dave’a Eggers’a, „Spisek bogatych” Roberta Kiyosaki’ego, film „Mistrzowie Pieniędzy Międzynarodowi Bankierzy Rodziny”. Tu chodzi o władzę nad kontynentami, gospodarką, strumieniami pieniędzy, prawodawstwem, nad całym światem – temu służą dobrze opłacani lobbyści, odpowiednio zaprogramowane media i systemy prawne.

Po trzecie, chodzi o wizję świata i cywilizacji ludzkiej, która – zrealizowana – zapewni pewnym wąskim kręgom władzę i pieniądze. Jaka to wizja? Po prostu: słabych, zatomizowanych, niezorganizowanych i pracujących od rana do wieczora społeczeństw, które nie mają czasu, środków ani siły, by przeciwstawić się rządzącej oligarchii. Wizja społeczeństw zaprzątniętych sporami, walkami o miasteczka, wojenkami religijnymi i obyczajowymi, społeczeństw z rozbitym systemem wartości, pochłoniętych swoimi codziennymi troskami, chorobami i wiązaniem końca z końcem od pierwszego do pierwszego. To wizja wynarodowionych mas ludzkich, wędrujących po świecie jak dzisiejsi imigranci napływający do Europy, wyjałowionych z religii, poczucia wspólnoty, to wizja multi-kulti, nijakiego „gulaszu”, który jest podatny na sterowanie i aplikowanie indoktrynacyjnej papki medialnej, wizja mas ludzkich, które można kupić byle czym jak prostytutkę, mas żyjących „chlebem, igrzyskami” i ewentualnie „ciepłą wodą”, mas pozbawionych własności (poza rzeczami osobistymi), wpływu na cokolwiek i szans na obronę.

Tej wizji przeciwstawiają się wspólnoty religijne, zarówno chrześcijańskie jak i muzułmańskie, wspólnoty narodowe, niezależne państwa z własnymi ośrodkami i silnymi armiami. Dlatego są tak atakowane – w Amerykach, w Azji i Oceanii, w Afryce czy w Europie. Dlatego mamy taki długoletni, mało efektywny system edukacji, który ma za zadanie zagospodarować czas młodym ludziom, by nie mieli go na organizowanie się, myślenie i krytykowanie „władzy”. Dlatego mamy system pieniądza dłużnego, który uzależnia wszystkich, zaciskając państwom, firmom i rodzinom pętle długów na szyjach. Dlatego mamy relatywizowanie pojęć i instytucji – takich jak np. małżeństwo, rodzina, patriotyzm, honor, odpowiedzialność, naród, państwo i inne.

Dlatego mamy „cyrk medialny” zamiast rzetelnej informacji, „cyrk wyborczy” zamiast prawdziwych wyborów, „cyrk dyplomatyczny” zamiast partnerskich, konkretnych relacji i współpracy. Dlatego mamy taki gąszcz przepisów, czasem sprzecznych ze sobą, albo przynajmniej niespójnych, a do tego wciąż się zmieniających, żeby „maluczcy” czuli się niepewnie i mieli zajęty czas wyjaśnianiem zawiłości, interpretacjami, walkami z urzędami skarbowymi lub innymi.

Trwa wojna cywilizacji, wojna, która rozpoczęła się wiele pokoleń temu, a w ostatnim półwieczu przyspieszyła. To wojna pomiędzy naszą cywilizacją solidarności, pomocniczości, miłosierdzia, pracy i wspólnotowości a obcą nam, niebezpieczną i złowrogą, materialistyczną, relatywizującą wszelkie wartości, antychrześcijańską cywilizacją zysku, wyzysku, rozwiązłości i władzy za wszelką cenę.

Łatwo „robić przekręty” w „mętnej wodzie” dla władzy i pieniędzy. Więc nam się robi „mętną wodę z mózgu” abyśmy nie widzieli prawdziwych powiązań, nazwisk, procesów, łańcuchów przyczynowo-skutkowych. Trzeba trochę wysiłku i czasu, by się wyzwolić z tego „matrixa”, z papki propagandowej mass-mediów – i przejrzeć na oczy. Lecz to jest możliwe. Czego każdemu życzę!

Źródło foto: 

własne

0
2279 liczba odsłon

Autor artykułu: Askalek

2 (liczba komentarzy)

  1. avatar

    Dobre, podoba mi się.

    Ludzie są ogłupiani. Nasz Naród np. słyszy od ekspertów że jesteśmy społeczeństwem na dorobku, niżej cytuję Mordasewicza.

     

    Jeremi Mordasewicz, przedsiębiorca, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan :

    Jesteśmy społeczeństwem demokratycznym, mamy prawo przyjąć takie rozwiązanie, ale musimy być świadomi z czym to się wiąże. Po wprowadzeniu ograniczeń, zasoby ludzkie oraz kapitał będą mniej wykorzystane, a przez to nasze dochody będą mniejsze. W Polsce mamy ok. 500 galerii handlowych. Budowa każdej wynosiła kilkaset milionów złotych. Ten olbrzymi kapitał nie będzie wykorzystywany przez jeden dzień w tygodniu, czyli 50 dni w roku.

    Podejrzewam, że nie zmniejszy się sprzedaż podstawowych produktów. Ludzie i tak je kupią, tyle, że w soboty będą stali w większych kolejkach. Spadnie za to poziom tzw. zakupów impulsywnych, szczególnie w „odzieżówce”. Obniżona sprzedaż wpłynie też na produkcję.

    To nie będzie tak, że Polska się zawali, bo mamy świetną koniunkturę. Jednak szacujemy, że o ok. 30 tysięcy zmniejszy się przyrost zatrudnienia pracowników w handlu i usługach na rzecz handlu. A co będzie jeśli gospodarka zacznie zwalniać?

    Zresztą, tu także chodzi o usługi na rzecz handlu. Na przykład restauracje w galeriach handlowych nie wypełnią w niedzielę ludzie, którzy przyszli tam tylko do kina. Problemów będzie więcej. W naszych miejscowościach przygranicznych Niemcy, którzy mają zamknięte sklepy w niedziele, robią zakupy. Ten handel ustanie.

    Wszystko sprowadza się do odpowiedzi na pytanie: czy jeszcze jesteśmy krajem na dorobku, czy już sobie możemy trochę odpuścić, jak w najbogatszych państwach? Niemcy przecież pracują dużo mniej niż my. Tylko jest jedna rzecz – Niemcy na jednego zatrudnionego dysponują kapitałem 180 tys. euro, a my tylko 55 tys. euro. A z tym się wiąże produktywność pracy.

    http://mieszkaniec.pl/ring-ograniczanie-handlu-w-niedziele/

     

    Chyba wypada się rozpłakać. Smutny los galerii handlowych, które tyle kosztowały, a nie zarobią przez 50 dni w roku, spadnie poziom tzw. zakupów impulsywnych i Niemcy, którzy mają zamknięte sklepy w niedzielą nie zrobią zakupów

     

    Odkąd sięgnę pamięcią, stale jesteśmy na dorobku. Inne kraje Europy dawno się podorabiały, a my wciąż na dorobku. Od zawsze. Pamiętam fraszkę satyryka Załuckiego sprzed lat :

    Że nie ma wody sodowej, spokojnie

    przecież to dopiero trzydzieści lat po wojnie.

    Słowa Mordasewicza drukowane w lokalnej darmowej gazetce „mieszkaniec”, którą się bierze i czyta, bo tam są np. informacje o aktualnych robotach drogowych i objazdach.

     

     

     

  2. avatar

    Mordasewicz jest etatowym komentatorem szarej rzeczywistości w radiowej "Trójce". Można powiedzieć, że też za darmo można posłuchać, bo ileż to wynosi abonament na radio? ;-)