Fantomowa noga stołu wuja Sama a sprawa Polska, Cz. VI. Widziały gały co brały, czyli jest super

Prześlij dalej:

P.S. Nic dodać, nic ująć. Kolejna "perełka" na GPW. Zjazd akcji Getback z 25 zł do 4 zl to mało. Mamy jeszcze tzw. "obligacje korporacyjne" na 500 mln zł. Naprawdę trudno uwierzyć, że ktoś na to pozwolił. No comments.

https://www.ban...

"Sebastian Buczek. Prezes Quercusa (Puls Biznesu)

"....brak porozumienia w sprawie GetBacku może doprowadzić do "politycznie wybuchowej sytuacji", w której zagrożone będą aktywa i oszczędności o wartości około 2 mld zł. - To może być trudna politycznie sytuacja. Wartość obligacji wyemitowanych (przez Getback - PAP) jest wyższa niż Amber Gold. To może być Amber Gold II - powiedział. O pogromie na obligacjach GetBacku pisaliśmy m.in. tutaj. Oprócz funduszy zaangażowani są w nie także inwestorzy indywidualni.

 

https://www.ban...

Zawał na obligacjach GetBacku

2018-04-16 10:50

A A+ A+

 

Niektóre serie obligacji GetBacku są już notowane po połowie wartości nominalnej albo nawet i mniej. Są to wyceny dyskontujące restrukturyzację długu – czyli faktyczną niewypłacalność – drugiej co do wielkości firmy windykacyjnej w Polsce. Ostatecznie GPW zawiesiła dziś notowania obligacjami spółki. Powrócić mają one jutro.

Rano 16 kwietnia zapadającymi w maju 2020 roku obligacjami GetBacku handlowano po cenie zaledwie 35 złotych za każde 100 zł wartości nominalnej. Implikuje to rentowność brutto rzędu  66%. I nie był to jedyny taki przypadek. Inna seria papierów GetBacku (zapadająca w kwietniu 2021) była wyceniana na 54,01% wartości nominalnej, a obligacje zapadające dwa miesiące wcześniej były warte 52,5 groszy za złotówkę nominału.

 

 

 

Takie wyceny oznaczają, że inwestorzy mają poważne wątpliwości co do tego, czy emitent wywiąże się ze swych zobowiązań i wykupi obligacje w wyznaczonym czasie i w pełnej kwocie. Obawy te nie wydają się bezpodstawne, skoro w piątek GetBack poprosił wierzyciela o przełożenie terminu wykupi obligacji za 10 mln zł do 17 kwietnia. Tymczasem na rynku publicznym notowanych jest łącznie 28 serii obligacji GetBacku opiewających na  519 mln złotych.

 

==============================================================================

Tym razem musimy rozpocząć od krótkiego kursu, w którym padną takie terminy jak giełda oraz spółka akcyjna i akcje. Dla przeważającej większości są to tematy znane, niemniej jednak bywają osoby, które nigdy nie interesowały się tym zagadnieniem. W efekcie ich wiedza jest zbyt powierzchowna, aby należycie zrozumieć mechanizmy, które są pochodną właśnie tych trzech terminów – giełdy i spółki akcyjnej oraz jej najmniejszej jednostki, akcji. Nie będziemy wgłębiali się w historię ani uwarunkowania techniczne czy prawne żadnego elementu. Same w sobie są na pewno  zagadnieniami interesującymi, ale nie czas tu i miejsce, a tematy znajdą oczywiście swe rozwiniecie w książce. To, o czym piszę tutaj, stanowi tzw. wiedzę użyteczną, która może przynieść wymierną korzyść, jak to mówią, tu i teraz. Niekoniecznie zysk z transakcji kupna i sprzedaży akcji, bo uniknięcie straty to także zysk. Może ten aspekt jest wręcz ważniejszy, jako że kwestia dbania o swój kapitał jest kluczowa w każdym przedsięwzięciu. Nie na darmo pewien facet w jarmułce na głowie pytał drugiego, proponującego mu biznes: „A ile można na tym stracić”? 

Garść podstawowych informacji. Spółka akcyjna to jednostka, której „statutowym” celem jest zorganizowana działalność gospodarcza, dążąca do osiągania zysku. Oczywiście, każdy z nas może taką spółkę założyć, pod warunkiem, że ma kapitał założycielski w wysokości 100.000 zł oraz pomysł. Kiedy już ją założy, ma prawo próbować sprzedać ją w ofercie publicznej innym oraz umieścić ją na giełdzie. Spółka akcyjna ma wybrany przez akcjonariuszy zarząd i radę nadzorczą, obowiązuje ją coroczne składanie bilansu i sprawozdania z działalności do Krajowego Rejestru Sądowego.  Słowo „statutowy” odnośnie celu zamieściłem w cudzysłowie, bo w rzeczywistości bywają jednostki, które powstają np. po to, by na przykład wystawiać fikcyjnych faktur VAT lub po prostu osiągać straty. Pierwsze jest znane, ostatnimi czasy wręcz z pierwszych stron prasy oraz mediów, wiec nie ma sensu tego tematu poruszać. Jeśli zaś chodzi o osiąganie strat z działalności, pewnie  wzbudzi to u wielu odruch zdziwienia, jednak rzecz jest banalnie prosta. Taka spółka pełni rolę usługową wobec innej, której służy za „fabrykę kosztów”. Nazywa się to fachowo „optymalizacja zysków” i jest nielegalne, ale trudne do udowodnienia. Ale temat ten nas nie interesuje, poruszyliśmy go celem porządku. My zajmujemy się podmiotami tzw. tradycyjnymi, czy jak kto woli, normalnymi, które przynajmniej w teorii chcą płacić uczciwie podatki oraz zarabiać, ale oczywiście spełniają zarazem warunek notowania ich na giełdzie.  No i co najważniejsze, deklarują chęć dzielenia się zyskami z akcjonariuszami, także tymi drobnymi, którym spółka sprzedała akcje. Generalnie, możemy stwierdzić, że założyciele spółki proponują nam uczestnictwo w czymś z założenia wysoce korzystnym. Ile jest w tym prawdy, zobaczymy już niebawem.

Obrót akcjami odbywa się na giełdach papierów wartościowych, w skrócie nazywanych giełdami. Wspomnę, że może być to dla laików nieco mylące, bo poza giełdami papierów wartościowych istnieją jeszcze giełdy towarowe (handluje się na nich np. surowcami jak ropa naftowa, węgiel, produkty rolne, energia elektryczna  itp…) oraz giełdy terminowe, na których przedmiotem handlu są tzw. instrumenty pochodne (m.in. kontrakty terminowe i opcje) wszelkich powyższych instrumentów z obu giełd, akcyjnej oraz towarowej.

Akcja to najmniejsza cześć spółki. Kiedyś istniała w formie papierowej, dziś najczęściej występuje w postaci zdematerializowanej, tj. zapisu w komputerze biura maklerskiego. Można ich mieć jedną, dwie, tysiąc lub milion, zależnie od emisji oraz możliwości finansowych kupującego. Cena jednej akcji może być dowolna, w ilości nabywanych istnieją pewne ograniczenia oraz wymagane przez urzędy zgody, wynikłe z uregulowań prawnych, na przykład pozycji dominującej na rynku, ale nas to nie dotyczy, a więc zarazem nie interesuje. 

Posiadanie akcji daje teoretycznie szereg praw. Najważniejszymi są prawo do dywidend, prawo do uczestnictwa w walnym zgromadzeniu akcjonariuszy oraz prawo do udziału w majątku spółki w przypadku jej likwidacji. Napisałem „teoretycznie”, bo dokładnie tak wygląda rzecz odnośnie drobnego akcjonariusza. Rozważmy rzecz po kolei, powracając do tego, jak  realizacja owych praw wygląda w praktyce.

Prawo pierwsze, czyli uczestnictwo takiej osoby w walnym zgromadzeniu poprzez przeforsowanie czegokolwiek, ma taki sam sens, jak próba wpływania na prognozę pogody przy pomocy zaklęć. Powód jest jasny jak słońce – z głosami pojedynczych osób nikt się nie liczy. Drugie prawo, do dywidendy,  ma podobną wartość użytkową czyli zerową, bo nie jest niestety synonimem słów „prawo do uzyskania dywidendy”,  które sens oraz korzyść by miały. Dywidendą bowiem można zapłacić w sklepie (spółka wypłaca ją w postaci pieniędzy), a powołanie się w tymże sklepie przy kasie na prawo do tejże dywidendy spowoduje, że kasjerka umrze ze śmiechu. Mamy jeszcze ostatnie prawo, to jest prawo do udziału w majątku spółki w przypadku jej likwidacji. Prawo podobnie puste jak oba powyższe, bo w podziale będą uczestniczyć wyłącznie jej właściciele, a w przypadku likwidacji z powodu upadłości spółki, sprawą zajmuje się syndyk.  Reasumując – ci, którzy namawiają nas na kupno akcji, mamiąc jedną z powyższych korzyści, po prostu wciskają nam kit. Po co to robią, o tym później. Tu dodać jednak należy, że brak korzyści  dotyczy „zwykłego” zjadacza chleba , czyli przeciętnego Kowalskiego, a nie przedstawiciela tzw. wielkiego kapitału. Oni kupują „spółki”, czyli taką ilość akcji, która zapewnia im wszystkie przywileje, a wiec przede wszystkim władzę w spółce. Inne są pochodną właśnie tej władzy. Początek nie jest więc dla indywidualnego inwestora zachęcający.

Wiedząc już, czym jest akcja oraz spółka akcyjna, opiszmy teraz pokrótce proces sięgania przez tę spółkę po kasę przeciętnego Kowalskiego. Pierwszą rzeczą jest dobry, chwytliwy i modny pomysł, oraz napisany  „pod to” prospekt emisyjny. W nim potencjalny emitent składa potencjalnemu inwestorowi obietnice uczestnictwa w zarabianiu na wspomnianym pomyśle, a ten jest zachwalany przez niego jako wyjątkowy i na pewno lepszy od konkurencyjnego.

Tutaj mała dygresja – bywało historycznie, a  pamiętają to starsi inwestorzy, że spółka notowana już na giełdzie uznała, iż warto zmienić profil na aktualnie modny. Było to w czasie tzw. „hossy internetowej” w 2000 roku, spółka miała nazwę Ariel, a zajmowała się produkcją butów, zresztą, z bardzo mizernym skutkiem. Niespodziewanie poinformowała inwestorów, że z butów rezygnuje, w zamian ma zamiar zająć się projektami związanymi z Internetem,  w związku z czym zmienia nazwę na Internet Group, a przy okazji sprzedaje nową emisję akcji, bo nowy pomysł wymaga nowych pieniędzy. Faktem godnym podziwu jest jednak nie zmiana branży, lecz błyskawiczny, 270 procentowy wzrost cen akcji wskutek zmiany obszarów działania oraz to, że nowych pieniędzy wystarczyło zarządowi spółki na całkiem długo, bo aż do  2010 roku, gdy  po wypowiedzeniu przez BRE Bank SA umowy kredytowej zarząd Internet Group S.A. złożyła wniosek o upadłość układową.

No dobrze, powie ktoś. W powyższym przypadku coś zawiodło, ale to pewnie przypadek, nie reguła. Takie fakty jak powyższy nie biorą się „z powietrza”, obietnice w cywilizowanym kraju nie znaczą wiele. Ktoś odpowiedzialny oraz wyposażany we właściwe uprawnienia władcze na pewno sprawdza możliwość ich realizacji. Rządzący nami zdają sobie wszak sprawę z faktu, że znaczna część z nas niekoniecznie jest pasjonatami sięgania „do głębi” pewnych elementów świata finansów, który niesie sobą elementy oraz mechanizmy skomplikowane i często niezrozumiałe. Mamy chyba odpowiednie instytucje, zatrudniające specjalistów oraz analityków, często z tytułami dr i prof. przed nazwiskiem, powołanych właśnie po to, by zapewnić, że nikt nie zdoła „omamić” nas nierealnymi obietnicami. Używając przenośni, wchodząc do wody mamy świadomość, iż  na brzegu stoi stado ratowników – speców od poszczególnych zagrożeń. Mamy prawo czuć się przy nich bezpiecznie. 

Aby zweryfikować to założenie, powróćmy do prospektu emisyjnego spółki akcyjnej, starającej się pozyskać kapitał w ofercie publicznej. Jest sporządzony przez firmę z odpowiednimi uprawnienia audytorskimi w zakresie księgowości, podatkowości, prawa itp…, zawiera informacje dotyczące m.in. czynników ryzyka i sytuacji finansowej spółki, ale także właśnie ocenę samego pomysłu i szans na jego realizację. Następnie prospekt musi być zatwierdzony przez  Komisję Nadzoru Finansowego, w skrócie KNF. Jeśli tak się stanie, jest OK. Wszyscy ci, którzy powinni, stwierdzili swym autorytetem między innymi, że pomysł spółki, sięgającej  po nasz kapitał, ma szanse na realizację. Możemy kupować akcje. Czy na pewno?

Niekoniecznie. Po pewnym czasie okazuje się że coś „poszło nie tak”. Ariel czy też Internet Group nie jest niechlubnym wyjątkiem. Nie pomogli eksperci, piszący prospekt emisyjny ani instytucje, które  „prześwietliły” go. Gwarancje uczciwości i  dobrych intencji emitenta zawiodły. W okresie 2009 – 2015 ilość spółek, które złożyły wniosek o upadłość, wyniosła 73.[1]  Ich nazw nie podaję, każdy może wejść na stronę i nacieszyć się widokiem „elity polskiej gospodarki”, która doprowadziła drobnych inwestorów do straty całych zainwestowanych środków. Niektóre spółki „przy okazji”, ponoć aby ratować się przed bankructwem, sięgnęły po kolejne środki inwestorów, przez emisje nowych akcji lub kusząc wysokim oprocentowaniem obligacji. Jak można się spodziewać, pieniądze tak z jednych jak i drugich „poszły się paść”. Lat następnych już nie analizowałem, wybierając tylko dwa „rodzynki” ze wspomnianego okresu.

Jednym z nich był był Hyperion S.A. „czołowy w Polsce, niezależny dostawca szerokopasmowego Internetu”, jak napisano w prospekcie emisyjnym. Nazwa ze wszech miar słuszna, słowo przedrostek „hyper” z góry niesie przesłanie czegoś wielkiego, nadzwyczajnego i wyjątkowego. I tak się tez stało. Uzyskane ze sprzedaży inwestorom 5 mln akcji 35 mln złotych, zgodnie zresztą z treścią owego prospektu zostało przeznaczone na „konsolidację” tudzież „poszerzenie infrastruktury oraz rozwój nowych usług i technologii”. Niekoniecznie jedno i drugie dotyczyło spółki jako takiej, ale właścicieli, czyli założycieli, i owszem. Ci „skonsolidowali” swoje majątki, a ich prywatna infrastruktura dzięki pieniądzom tzw. „akcjonariuszy” wzbogaciła się o nowe hiper – elementy, to jest hiper-bryki, hiper-wille oraz hiper-technologie w owych hiper-willach. Aby uniknąć zarzutów o brak obiektywizmu wobec osób zarządzających spółką (wszak rynek kapitałowy jest okrutny, a jego prawa bezwzględne), napiszę tyle, że wystarczy prosta analiza wydatków spółki, to jest wynagrodzeń zarządu i podobnych składników tzw. „kosztów”, a przy okazji  procesu tzw. „zwiększania płynności obrotu akcji”, co jest oczywistym ekwiwalentem słownym „wywalania swych akcji leszczom”, aby nie mieć co do tego ani cienia wątpliwości. Spółka Hyperion zakończyła byt giełdowy na cenie 28 groszy, a Sąd Gospodarczy zakończył męki akcjonariuszy, którzy stracili 95 procent, ogłoszeniem upadłości spółki. Męki były podwójne, bo związane ze stratą pieniędzy, ale i inne, wynikłe z płonnych nadziei, że strata być może kiedyś zmniejszy się choć trochę.  

Drugi wybrany rodzynek to spółka akcyjna Infovide Matrix. Jej obszarami działania było zastosowanie technologii informatycznych w biznesie, co nam niewiele powie. Więcej danych uzyskamy dzięki analizie semantycznej drugiego członu nazwy. Otóż, jak wiadomo, Matrix to coś, co tak naprawdę istnieje w formie bytu  wirtualnego. Tak też od początku należało traktować wszelkie obietnice założycieli. Sprzedali w ofercie publicznej 1.300.000 akcji w cenie 25 zł za akcję, czyli „zdjęli z rynku nadwyżkę wolnych środków inwestorskich” w kwocie łącznie 32,5 mln zł. Po kilku latach borykania się z „trudnym rynkiem” (o dziwo, ten stał się taki natychmiast po pozyskaniu kasy), oraz nieprzerwanym spadkiem ceny akcji, spółka została zakupiona przez Asseco Poland po 6 zł za 1 akcję. Po co Asseco kupiło bankruta nie wiem, i nie powinno nas to interesować (optymalizacja podatkowa?), choć strata Infovide za 2015 rok wyniosła  101.821 tys. zł [2] (to nie błąd, przeszło 100 tzw. „baniek”, lub „melonów”) Bardziej istotne jednak jest to, że utrata wartości ceny akcji dla ich nabywców w ofercie publicznej wyniosła 75 procent, jednak na pocieszenie należy dodać, że różnica 29 zł z jednej akcji nie ulotniła się, jak można by sądzić (vide byt wirtualny) lecz przeszła do rąk założycieli. 

Kończ waść, wstydu oszczędź. Spuśćmy zasłonę milczenia na pozostałe spółki, których los także nie oszczędził, nie podnośmy ciśnienia tym, których spadek ceny akcji z kilkuset/kilkudziesięciu złotych do kilku/kilkunastu groszy dotknął bezpośrednio. Tak w ogóle to przepraszam niniejszym władze oraz założycieli obu powyższych spółek, że właśnie im się oberwało. Wyjaśnię, że sprawił to czysty przypadek, bo je pierwsze wygooglowałem, więc  nie uważam ich za ani gorsze ani lepsze od wielu innych. Wśród tych z kolei były i są bardziej i mniej znane, oraz mnóstwo takich, o których przeciętny Kowalski nigdy nie słyszał.  

Może jeszcze przytoczmy pokrótce historię Petrolinvestu, bo tu chodziło o bardzo dużą kasę. Spółka  założona przez Ryszarda Krauzego, zadebiutowała na giełdzie w 2007 roku, zmieniając równocześnie profil działalności z handlu paliwami, głównie LPG, na profil poszukiwawczo-wydobywczy w zakresie ropy i gazu. Wcześniej, w 2006 roku ogłoszono, że Ryszard Krauze kupił w Kazachstanie złoża szacowane na 2 mld baryłek. Petrolinvest "ściągnął" z rynku od inwestorów 120 mln zł, cena emisyjna akcji w ofercie publicznej wyniosła 227 zł, a w szczycie kosztowała ponad 500 zł. Nie wdając się w długotrwały proces spadku cen ani powodów, dla którego to nastąpiło, napiszę tylko tyle, że w styczniu 2016 roku ZUS złożył wniosek o upadłość likwidacyjną Petrolinvestu, a było to przy cenie jednej akcji spółki 18 groszy. W maju 2017 Komisja Nadzoru Finansowego wykluczyła akcje Petrolinvest z obrotu giełdowego. To oczywiście rzeczy znane, ja zwrócę uwagę na jeden fakt, osoby głównego akcjonariusza Prokomu zarazem podmiotu zależnego, czyli Petrolinvestu. Mam na myśli artykuły prasowe oraz inne, komentujące jego stan majątkowy w chwili obecnej. Ten jest ponoć kiepski, cena Petrolinvestu to dziś  grosze, a sprawił to zły los, czyli brak ropy czy gazu na kazachskich polach spółki. Większości umyka jednak fakt, że akcje Petrolinvestu były sprzedane oraz  notowane później w „kosmicznych” cenach, a ktoś je wtedy sprzedawał, czy raczej wyprzedawał. Aby nikogo nie drażnić, nie będę podawał wyliczeń, ile zarobił Ryszrad Krauze, sprzedając akcje najpierw w oferice publicznej, a następnie swoje własne. Jeśli ktoś tu  więc „umoczył”, to nie jest to były właściciel Prokomu oraz Petrolinvestu, lecz całe mnóstwo tych, którzy uwierzyli w zamki na piasku, to znaczy  ropę i gaz w Kazachstanie.

Jednocześnie dochodzimy do prawdziwego celu sprzedaży przez założycieli akcji spółki akcyjnej tzw. drobnym inwestorom. Nikt inny jak sprzedający akcje są głównymi beneficjentami istnienia giełdy. Nazywa się to u nich (komentarze autentyczne) „koniecznością zwiększenia zasobów gotówkowych” lub „potrzebą dywersyfikacji ryzyka” przez nich,  bywa, że rzecz nazwana jest inaczej, lecz równie kwieciście, wszak nikt przy zdrowych zmysłach nie napisze, że tak naprawdę jego główny cel to napełnienie swego konta „na maksa”” kosztem innych. Tutaj powracam do zagadnienia, poruszanego w części V, czyli finansów behawioralnych.

Aby podsumować, można napisać tym, którzy uwierzyli w iluzje i mają do kogokolwiek pretensje, tyle:  "Widziały gały, co brały". A na przyszłość doradzić, by, kolokwialnie mówiąc, nie dawali wciskać sobie tzw. kitu, i będzie ok.  

Jeżeli wiemy już, jakie są cele założycieli spółki akcyjnej rozważmy, czemy tak naprawdę kupujemy akcje? Otóż powodem jest prawo inne, podstawowe i kluczowe. Co dziwne, o prawie tym nikt nie wspomina, a powinien, jako że niesie ono z sobą jedyną korzyść z jej posiadania. Na czym ono polega? Zabrzmi to kuriozalnie, ale na tym, że   posiadacz akcji może sprzedać je innej osobie, oczywiście, z założenia w wyższej cenie, niż sam zapłacił. Innymi słowy, jest to szukanie głupszego od siebie. Każdorazowy nabywca - posiadacz akcji  szuka osoby, która pozwoli mu zarobić, bo zapłaci za akcję więcej niż wyniosła  jego cena zakupu. Mało tego. Założenie kupującego jest nieodmiennie jedno – że  są co najmniej dwie osoby od niego głupsze. Pierwszy, sprzedający mu akcje, bo ich cena jest warta kupna, a więc niższa niż możliwa do uzyskania oraz drugi - „przyszły” kupujący akcje, który zapłaci za nie więcej, więc dzięki niemu będzie można zarobić. Nie wiem, o czym był film „Głupi i głupszy”, ale tytuł pasuje do zajmowania się kupowaniem i sprzedawaniem akcji „jak ulał. Jeżeli nagle zlikwidowano by   giełdy lub choćby zawieszono  na  jakiś czas ich działanie, akcji nikt by nie kupił. To prawda oczywista. Jeśli ktokolwiek jest innego zdania, przytoczę mu tylko jeden fakt. Cytuję:

„26 maja Komisja Nadzoru Finansowego utrzymała w mocy decyzję sprzed prawie roku (z 19 lipca 2016 r.) w sprawie nałożenia kary pieniężnej w wysokości 800 tysięcy złotych oraz bezterminowego wykluczenia akcji Petrolinvest z obrotu. Na rynku regulowanym akcje przestaną być notowane od 29 czerwca, czyli środa 28 czerwca ma być ostatnim dniem spółki na giełdzie. Ogłoszenie decyzji KNF wywołało spadek kursu jednego dnia o 70 proc. Inwestorzy reagowali tak na potencjalny brak możliwości handlowania posiadanymi akcjami”.

 

Teraz, kiedy już wiemy, że często (bez potrzeby) ulegamy obietnicom innych, zapytajmy, kto jest współodpowiedzialny za naszą beztroskę w wykładaniu pieniędzy w różnego typu fantasmagorie założycieli spółek? Odpowiedź jest oczywista. Podstawową odpowiedzialność za „nakręcanie gorączki” ponoszą założyciele spółek oraz piszący prospekty emisyjne. Ale mamy przecież Komisję Nadzoru Finansowego. Czemu zezwala im na takie praktyki, a być może nie zezwala, tylko coś w systemie weryfikacji zawodzi?

Gdybyśmy zapytali o to osobę odpowiedzialną za taki stan rzeczy, pewnie usłyszleibyśmy, że "temat jest na pewno niezwykle złożony, bo ekonomia czyli bilans spółki to jedno, możliwość realizacji obietnic drugie, a chęć, by to uczynić, trzecie, i nie ma jak pewnych rzeczy zweryfikować". Moim zdnaniem jest jednak jasne, że coś jednak w systemie zawodzi, a dowodów na powyższe chyba dostarczyłem dość. Można śmiało postawić tezę, iż droga na giełdę jest zbyt łatwa. Być może przyczyna leży w  niewątpliwej  i powszechnie manifestowanej chęci uczynienia z warszawskiej giełdy swego rodzaju „centrum” dla tej części Europy, bo to w znacznym stopniu determinuje zachowanie ludzi odpowiedzialnych za rynek finansowy w Polsce? Aby nie być gołosłownym, przytoczę fragmenty artykułu sprzed paru lat. [3]

GPW w Europie Środkowo-Wschodniej. Gdzie jest jej miejsce? Najwyższa kapitalizacja i wartość obrotów, a do tego największa liczba spółek – o warszawskiej giełdzie, choć daleko jej do parkietu w Londynie, spokojnie można mówić, że już stała się finansowym centrum Europy Środkowo-Wschodniej. Chcemy być giełdą pierwszego wyboru dla inwestorów i emitentów w Europie Środkowo-Wschodniej, to główny cel naszej zaktualizowanej strategii do 2020 roku – stwierdził podczas ostatniej prezentacji wyników kwartalnych nowy prezes GPW, Paweł Tamborski.

Która giełda ma najwięcej spółek?

Zaktualizowana strategia GPW zakłada, że w ciągu najbliższych 6 lat giełda stanie się silnym, finansowym centrum Europy Środkowo-Wschodniej, m.in. dzięki płynnemu rynkowi akcji, a do tego rozwiniętemu rynkowi obligacji oraz instrumentów pochodnych. Plan jest ambitny, zważywszy m.in. na fakt, że zarząd GPW chce, by w 2020 r. tylko na rynku głównym było notowanych 550 firm.

Jednak jeżeli porównamy GPW z pozostałymi parkietami regionu, to okaże się, że już w tej chwili polski parkiet może pochwalić się największą liczbą spółek. Na rynku podstawowym i równoległym jest notowanych prawie 420 przedsiębiorstw. Jeżeli dołożymy do tego rynek New Connect, to ta liczba sięgnie 900. Jak można wnioskować z danych Federacji Europejskich Giełd Papierów Wartościowych (FESE), taki wynik stawia Warszawę na pierwszym miejscu w regionie.

Porównując giełdy Europy Środkowo-Wschodniej, warto zwrócić uwagę na ich całkowitą kapitalizację oraz wartość obrotów. Również w tym przypadku GPW pozostaje liderem. W ostatnim dniu października kapitalizacja spółek notowanych w Warszawie sięgnęła 150 mld euro. To prawie 2 razy więcej niż w przypadku drugiej w kolejności giełdy wiedeńskiej.

Można zastanawiać się, czemu dla szefostwa giełd najważniejsza jest ilość notowanych na parkiecie spółek. Nie wiem, czy chodzi o wszelkie opłaty za dopuszczenie do obrotu, prowizje, itp..  korzyści, ale chyba nie, bo to samo w sobie byłoby kuriozalne. Sądzę, że chodzi o tzw. "bicie piany" poprzez propogandowe udowadnianie rządzących (jakichkolwiek, bo tak jest zawsze), że " Polska rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej" (Edward Gierek w czystej postaci) Tylko tyle, że dzieje się tak kosztem ludzkich pieniędzy. 

 

Reasumując, śmialo można postawić tezę, że wejśce na giełdę przez wiele spółek to okazja do sprzedaży przez właścicieli spółki akcji po kosmicznych cenach "inwestorom" swoich akcji (oczywiście, będą wśród kupujących  OFE, bo co za problem dla zarządzającego wydać nie swoją kasę na akcje, których jakość jest żadna (nie stawiam tezy, że sprzedaje je kumpel, ny niee byc posądzonym o bezzasadne oskarżenia) a nie dzielenie się z kimkolwiek zyskiem, Dla potwierdzenia tej tezy (nie o kumplach,lecz o bezsensie wchodzenia na giełdę przez dobrą firmę). fragmenty innego artykułu, który jest niezmiernie ciekawy. Streszczę go bardzo krótko. Zdaniem autora sensowność starania się o notowania spółki akcyjnej na giełdzie dla dobrej, wzrostowej spółki to nieporozumienie. Elita polskiego biznesu jest według niego poza rynkiem publicznym, bo ten niewiele daje, a stwarza liczne uciążliwości i ryzyka. Do tego dochodzą ryzyko utraty kontroli, odsłaniania się przed konkurencją czy niewłaściwej wyceny, która zniekształca obraz spółki i utrudnia pozyskiwanie kapitału. [4]

Dalsze komentarze są chyba zbyteczne. Ciekawe, jak wielu spośród kupujących akcje ma tego świadomość?

No dobrze, zapyta ktoś, jeśli zakup akcji jest złą/niebezpieczną/podejrzaną inwestycją, to po co istnieje giełda i kto ją wymyślił?

Odpowiedź jest następująca: giełdy papierów wartościowych to z założenia nic złego. Istnieją od lat i ich założeniem było kojarzenie posiadaczy pomysłu biznesowego oraz kapitału. Przed powierzeniem swoich pieniędzy komuś innemu, należy samemu ocenić sensowność ich zainwestowania. Nie ma w tym nic specjalnie trudnego i nawet ktoś bez specjalistycznej wiedzy może to zrobić. Najprostszym kryterium jest zadanie pytania: „ile będę miał zysku z włożonych pieniędzy”, najczęściej w stosunku rocznym, takim zresztą kierujemy się na co dzień. Tak dzieje się, na przykład gdy odwiedzamy bank lub podobną instytucję, mając zamiar tutaj ulokować swe środki. Wiemy przy tym, na ile mniej więcej możemy liczyć. Trochę powyżej aktualnej inflacji. Wszystko co powyżej, z założenia powinno wzbudzić naszą nieufność. Ci, którzy obiecują więcej, najczęściej mają nieczyste intencje, albo w najlepszym przypadku, nie do końca  uczciwe. Kierujmy się nie obietnicami, lecz podstawową zasadą „normalnego” czy też „rozsądnego” na daną chwilę inwestowania, związanego z osiąganiem zysku.

Często istnieje ona w naszej podświadomości, choć bywa, że nie zdajemy sobie z tego sprawy. Jak ona wygląda? Otóż znając aktualną inflację, dążymy do tego, by zysk z lokaty czy jakiejkolwiek inwestycji ją przewyższył. Kupując  nieruchomość (np. mieszkanie) celem wynajmu obliczamy, ile procent miesięcznie/rocznie przyniosą nam zainwestowane środki. Co jasne, musi być tego więcej niż lokata w banku, który oferuje niewiele ponad inflację. Na przykład za wynajem mieszkania zakupionego za 300.000 – 330.000 zł oczekujemy (po potrąceniu ewentualnego podatku oraz kosztów) kwoty w granicach 1.500 – 1.600 zł, co daje nam roczną stopę zwrotu w granicach 5- 6%.  Kiedyś na rynku nieruchomości obowiązywała zasada, że roczna stopa zwrotu z jej zakupu, która wynosi 10 procent, jest czymś korzystnym. Oczywiście, jest to pewne uproszczenie, bo w danej chwili te 10 procent może być  kwotą zbyt małą (przy wysokiej inflacji) lub znacznie wygórowaną (jak np. dziś, gdy bank oferuje oprocentowanie w granicach 2 procent), ale założywszy inflację średnią w dłuższym okresie, zasada ta wydaje się bardzo korzystna po dziś dzień (na chwilę obecną jest to trudne do uzyskania, realna stopa zwrotu oscyluje w granicach 5-6%).

Tutaj mały przerywnik - dygresja na temat praktyk moich ulubionych instytucji -  banków. Pracownicy tychże permanentnie zachęcają osoby, przychodzące w celu założenia lokaty  do choćby częściowego zainwestowania środków w jakiś produkt, nie będący lokatą, a czynią to wyjątkowo natrętnie, kusząc w zamian wyższym oprocentowaniem na lokacie.  Unikajmy tego jak ognia!  Najczęściej chodzi im o ulokowanie części środków na długi termin w jakiś fundusz inwestycyjny, o czym dowiadujemy się wtedy, gdy chcemy je wybrać, a nie możemy, a bywa przy tym, że jednostki uczestnictwa w tym funduszu straciły na wartości. Innym elementem, który „wciska się” klientom są  tzw. obligacje korporacyjne – nikt w banku nie poinformuje Was, iż wiele takich „korporacji” nie wywiązało się z obietnic.

 

Wracamy do stopy zwrotu z inwestycji, To, co napisałem powyżej, stanowi dobry przykład do jej obliczenia w każdym przypadku, więc z akcji również. Generalnie, możemy przyjąć, że jeśli spółka giełdowa zarabia  „na jedną akcję” więcej, niż inflacja, można się jej przyjrzeć jako tej, która jest warta zakupu. Na dzień dzisiejszy byłoby to np. właśnie w granicach 5%. Oczywiście, ta metoda mówi wyłącznie o zysku spółki, a nie wypłaconej przez nią dywidendzie (optymalnie byłoby, gdybyśmy otrzymali za rok w jej postaci te 5%), ale na użytek chwili nie czepiajmy się szczegółów. Wypłata dywidendy to nie zawsze najlepszy pomysł, czasem warto chwilę poczekać i zainwestować zyski w rozwój firmy. Mamy jednak jeszcze inne aspekty bieżącej ceny, która nie musi oddawać prawdziwej kondycji spółki. Jest jasne, że bywają takie, których perspektywy są bardzo duże, a więc warto zaryzykować, zapłacić dziś więcej za akcje na poczet tego, co się stanie kiedyś. Używa się tu dźwięcznego określenia „antycypowanie przyszłości”. Na koniec warto dodać, że dla celów analiz giełdowych do oceny stopy zwrotu z inwestycji używa się metody zaprezentowanej powyżej, jest to wskaźnik o nazwie cena/zysk, w skrócie C/Z (po angielsku odpowiednio price/earnings, czyli P/E). Jest podawany obok każdej spółki giełdowej.  Śledząc je, można dojść do wniosku, że dziś olbrzymia większość spółek z GPW to nie rodzynki, czy nawet perełki, ale brylanty.

Powie ktoś, że wskaźniki wskaźnikami, ale jednak równie istotne jest, jakie spółki kupujemy.  Są przedsiębiorstwa o ugruntowanej renomie, które znajdują nabywców w wielkich pakietach, a pieniądze, jakie tam się pojawiają, są wielkie, i dzieje się to przy cenach, wydających się zbyt wysokimi, patrząc w kategoriach tradycyjnych. A kupujący to z pewnością nie frajerzy, płacący za zdezelowany samochód w cenie najnowszego Mercedesa klasy S. Jest to oczywiście racja. Czemu jednak nabywca płaci taką cenę? Bo kupuje FIRMĘ, a nie akcje. Kupuje władzę nad spółką. Tutaj działają całkiem inne mechanizmy i reguły, inny jest horyzont czasowy oraz cele, którym może być np. osiągnięcie pozycji dominującej na rynku czy eliminacja konkurencji. Nie można jednak nie zgodzić się ze stwierdzeniem, iż bywają na naszej giełdzie spółki bardzo dobre, gorsze , ale i śmieci, nie warte uwagi. Na takich możemy stracić całe zainwestowane pieniądze, ale np. na Orlenie jest to bardzo mało realne. Jeśli mamy więc zamiar przepłacić za akcje, lepszym wyborem będzie renomowana spółka giełdowa niż nowa „efemeryda”, obiecująca nasze gruszki na wierzbie.

Dochodzimy do momentu, gdy padnie bardzo istotny termin „koniunktura”. Bywa, że rośnie cena kawy, zboża, mieszkań, złota lub walut, wtedy mówimy, że istnieje na dany towar czy przedmiot właśnie koniunktura. Jeśli ceny spadają, mamy dekoniunkturę. Wiadomo, o co chodzi. Jest to zjawisko cykliczne, zależne od wielu czynników. Na giełdzie występuje oczywiście także, z tym, że tu najczęściej używa się terminów hossa i bessa. Pierwsze to wzrost cen akcji, drugie spadek, wzrost to rynek byka, spadek to królestwo niedźwiedzia. Gdy mamy hossę, w mediach często można napotkać sformułowania o dobrych perspektywach gospodarki, której to ponoć giełda jest barometrem, więc ceny akcji rosną. Jest w tym tylko część  prawdy, gdyż mówi się, że giełda także „antycypuje”  przyszłość, czyli poza stanem gospodarki w danej chwili „przewiduje” czy też „oczekuje” pewnego rozwoju wydarzeń, w tym także rychłej zmiany koniunktury w gospodarce.

Taki stan rzeczy sprawia, że inwestowanie na giełdzie nie jest rzeczą łatwą. Mamy przy tym jeszcze jeden bardzo istotny element, modę na „coś”.  W latach 1990- 2000 była np. moda na Internet oraz biotechnologię. Jak bywa najczęściej, przerodziła się w znaną nam manię. Ceny akcji już w okresie istnienia „mody” są najczęściej drogie, a w trakcie jej rozwoju bardzo drogie. W takim okresie „tradycyjne” zasady ekonomii nie istnieją. Bywa, że akcje pomimo wielkiego przewartościowania rosną nieprzerwanie, jak choćby w latach od 2008 do dziś (S&P 500 wzrósł o 200%, Polsce WIG 20 około 60%) i wtedy nie wiadomo, co robić. Kwestia, czy inwestować w takim okresie w akcje, jest sprawą wyboru każdego z nas. Ale warto przynajmniej wiedzieć, jakie są reguły gry.

Dodam, że najlepszą metodą zarobku na akcjach  jest kupowanie ich, gdy „nikt ich nie chce”. Oczywiście, nie rozumiemy tego dosłownie, mamy na myśli sytuację, gdy prasa, radio i telewizja wieszczą smętne prognozy gospodarcze, załamanie rynku oraz katastrofę. Jest jasne, że taki klimat wpływa bardzo zdecydowanie na chęć sprzedaży akcji przez inwestorów, więc są one tanie. Problem w tym, że właśnie wtedy najbardziej obawiamy się ich kupna. W którymś artykule napisałem, że dobrą zasadą na giełdzie (w interesach także) jest stosowanie reguły „idź tam, skąd przychodzi tłum”. Innymi słowy, patrz na rzeczy inaczej niż większość, gdyż „większość się myli”. Fenomen ten w przypadku giełdy ma bardzo proste wyjaśnienie – a wzrostach cen akcji mówią ci, którzy już je kupili. Czyli jeżeli większość twierdzi, że ceny będą rosły oznacza to, że większość potencjalnych pieniędzy do zainwestowania już jest zajęta. A mniejszość, która może kupić akcje, nie spowoduje dalszych zwyżek cen. Mówiąc najprościej, podaż przewyższa popyt, a jest jasne, że to spowoduje spadek cen.

Myślę, że przestawione przeze mnie informacje pomogą nam odpowiedzieć sobie na wiele pytań. Między innymi na to, czy możemy na kogokolwiek lub cokolwiek liczyć, inwestując na giełdzie oraz jakimi kryteriami powinniśmy się kierować. Najważniejszym  jest ostrożność i nieuleganie „modom”, jak też pustym obietnicom (vide finanse behawioralne). Ktoś powie, że giełda nie interesuje go w ogóle, więc powyższe jest nieistotne z jego punku widzenia. Często tak nie jest, nad czym często zupełnie się nie zastanawiamy, bo ktoś kupuje akcje nam. Innymi słowy, jesteśmy bez swej woli graczami w niebezpiecznym kasynie. Mam na myśli OFE,  które inwestują część otrzymywanych środków na giełdzie (w tym oczywiście w  spółki, które zbankrutowały). Z jakimi efektami inwestują, o tym dowiadujemy się okresowo z ich sprawozdań, a jest to uzależnione od aktualnej koniunktury. Mówiąc zaś o niej, nietrudno zauważyć, że posiadacze kont w OFE stają się zakładnikami przyszłości, która wcale nie musi być różowa. Finalnie więc może okazć się, że emerytura Kowalskiego z OFE podzieliła los Hyperiona, coś-tam-Matrixa, Petroliinvestu, Universalu (starsi pamiętają tę spółkę - to były jazdy!)

Jeśli zaś ktoś użyje znanego argumentu, że  nie ma sie czego obawiać, bo "w długim terminie gospodarka rośnie, więc tak samo jest z giełdą", powiem, że to nieprawda, a ktoś kiedyś powiedział, że "w dlugim terminie to wszyscy będziemy martwi". Odbicie tego, że po latach ceny akcji  niekoniecznie są skazane na wyższe poziomy, można znaleźć na wykresach indeksów światowych, choćby japońskiego Nikkei, który jest dużo niżej niż 40 lat temu.

Zaś słowa premiera, wicepremiera, ministra, prezesa giełdy itp... itd..., że gospodarka rozwija się, bezroocie maleje zaś zarobki rosną, a wzrosty na giełdzie są tego najlepszym dowodem, czyli generalnie "jest super", można skwitować stwierdzeniem, że to ich pobożne życzenia bo tak naprawdę fundamenty naszej gospodarki nie mają nic do rzeczy. Za wzrosty lub spadki na naszej giełdzie odpowiada wyłącznie kuninktura ogólnoświatowa w danej chwili, a ta jest pochodną amerykańskiej. Czy więc tego chcemy czy nie, nasze indeksy zawsze będą powielać zachowania indeksów Wuja Sama. Jesteśmy zakładnikami tego, co dzieje się w gospodarce USA. Koniec, kropka. 

A tam nie dzieje się dziś najlepiej. Codzienne zmiany indeksów Dow Jones czy  Nasdaq po kilkaset punktów nie wróżą dobrze na przyszłość. Doświadczeni gracze, jak np. Art. Cashin, weteran rynku z kilkudziesięcioletnim stażem,  dyrektor zarządzający UBS na parkiecie nowojorskim, przepowiada „krwawą łaźnię”.  Czy  się zrealizuje, nie wiem. Tak czy tak, jedna z nóg stołu Wuja Sama chwieje się bardzo niebezpiecznie.

Źródło foto: 
0
5564 liczba odsłon
Obrazek użytkownika Marek Meissner

Autor artykułu: Marek Meissner