Dlaczego NIE dla obniżenia wieku szkolnego.

Prześlij dalej:

Matka Kurka: nie chce mi się o tym gadać, bo za płaszczykiem "rodzice decydują" i "biedne dzieci" jest po prostu doskonałe alibi da synusiów mamusi i córusi tatusia. To kto ma ku..a tej Ojczyzny bronić, jak nauka abecadła jest ciężką raną na psychice i chrząstkach palców? Pieprzenie i tyle. Uczyć się od Żydów, do 5 roku zasuwają. Ja miałem 5 lat i pacierz musiałem klepać na blachę. Przeżyłem.

A ja miałam osiem lat, gdy do Komunii św. trzeba było wkuć na blachę odpowiedzi do 150 pytań. Zdawaliśmy to w trzech turach. I się dało. W pierwszej klasie braliśmy już osie liczbowe, i działania z jedną niewiadomą. Rzecz w tym, że  była w tym metodologia rozłożona na 8 lat. Odbywało się to w sposób wyważony, harmonijny. Od pierwszego roku mieliśmy osobno polski, matematykę, plastykę, muzykę. Dziś jest w pierwszych trzech latach jeden przedmiot. Jest chaos, nie wiadomo czego, ile dzieci w szkole mają. Te trzy lata bez 45-min lekcji, dzieci jedzą kiedy chcą, piją kiedy chcą jest chaos w nauczaniu, w dyscyplinie. Nauczyciel IV klasy: Proszę panią, my przez  pierwsze miesiące nauki uczymy dzieci by nie łaziły po klasie byle kiedy. Dzieci nie są przyzwyczajone, że mają klasówki, sprawdziany, że trzeba być przygotowanym na następną lekcje.

MK, ten brak dyscypliny w nauce, harmonii w nauczaniu przenosi się na pracę z dzieckiem w domu. Rodzice w domach odkręcają mankamenty tego typu nauczania. Ten system determinuje to co dzieje się w domu, bo nie możesz dziecka posłać bez wypełnionych kart pracy. To nie jest jak kiedyś: zadanie domowe str. ... ćw. 1,2. Dziecko zrobiło. I wio na podwórko, czy jak to u nas się mówi na pole. NIE. Dziś ślęczysz nad tymi zadaniami, poprawiasz z dzieckiem co źle wypełniło w szkole (nauczyciel tego nie robi)... końca nie widać. Próbowałam dać sobie spokój i poluzować. Zostałam wezwana do nauczyciela. Doszło do starcia. Poszło pismo do szkoły. Oto fragment:

                "Jako matka  dwójki dzieci jestem związana z Państwa szkołą już 7 rok i na dzień dzisiejszy, przy takim prowadzeniu systemu nauczania przez Państwa wyrażam opinię, że bez intensywnej pomocy rodzica to nauczanie nie jest możliwe. Na taki stan rzeczy wpływa kilka czynników, które niżej wymieniam.
                1. Podręczniki wraz z ćwiczeniami do edukacji wczesnoszkolnej nie pozwalają na samodzielne kształcenie się dziecka, są czasochłonne jeśli chodzi o ich prowadzenie, a czas spędzany nad nimi nie przedkłada się na efekty.
                Podręczniki te to nie źródło wiedzy, to jest masa poleceń dla dziecka do wykonania. Na starcie klasy trzeciej w zeszycie nr 1 jest ich około 40, do tego jeszcze dochodzą ćwiczenia. Zadania te wypełnia się na różne sposoby. Wyraźnie przeważa tendencja przerostu formy nad treścią w podręcznikach, która polega na  tym, iż zamiast kłaść nacisk na przekazanie wiedzy w postaci treści wymyśla się różne formy zadań.
Niejednokrotnie okazuje się, że nie skupiam się z dzieckiem nad tym jaka wiedza jest potrzebna by wykonać zadanie, ale na tłumaczeniu  o co chodzi w samym poleceniu.
 
Oto dwa przykłady:
-Obrazki ze zjawiskami pogodowymi, pod nimi puste kratki. Uczeń zgodnie z poleceniem powinien ponumerować obrazki, przenieść te numery do tabeli poniżej i obok numerów wpisać nazwę zjawiska.
-W ramce nazwy instrumentów w różnych kolorach, poniżej kontury instrumentów. Uczeń powinien odpowiednim kolorem obrysować te kontury, zgodnie z kolorem nazwy instrumentu.
W pierwszym przykładzie okazało się, że syn zna zjawiska pogodowe. Nie zrozumiał polecenia i zadania nie wykonał. To był test, dostał 0 pkt. Pytanie: jak poprawić notę z tego zadania? Mam go uczyć formy wypełniania? A dlaczego nie liczy się wiedza przyrodnicza i nie jest ona najważniejsza?
W drugim tak samo, nie liczy się wiedza ze znajomości instrumentów, jest nacisk na czasochłonne obrysowywanie konturów.  Natomiast osobny czas to nauka nazw tych instrumentów, których syn nie znał.
 
                Konstrukcja tych podręczników jest więc taka, że wymaga się od ucznia i rodzica  ogromnego czasu, który jest poświęcony na poprawianiu błędów w przerobionych zadaniach, na tłumaczeniu tego co nie jest  zrozumiałe, zwracanie uwagi na polecenia pominięte, a bywa ich po cztery na raz w jednym zadaniu. Do tego dochodzi zeszyt ćwiczeń, zeszyt przedmiotowy, które też jest sprawdzany, oraz dodatkowe zadania.  
 
                Istnieje u Państwa przekonanie, że im więcej zadań dzieci będą wypełniać tym będą więcej wiedzieć. Nie wiem czym to przekonanie jest podparte, bo ta forma nauczania jest stosowana na skalę kraju a poziom nauczania jak wiemy lepszy nie jest. Pierwsze trzy lata nauki córki to kupowanie na polecenie nauczycielki dodatkowych ćwiczeń. U syna usłyszałam aby rozwiązywać z dzieckiem rebusy, zadania  itd.  by poprzez owo rozwiązywanie nie wiedziało, że się uczy. Kto rozciągnie czas by temu sprostać, nie mówiąc już o celowości takich działań? Z córką potrzeba było na to niejednokrotnie  po trzy godziny dziennie na samo wypełnianie.
 
                Podręczniki są tak skonstruowane, że nie można na ich bazie powtórzyć przerobionego materiału. To istny jarmark polonistyczno-matematyczno-przyrodniczo-muzyczno-plastyczny. Wyłonić z tego perełki, które pominięte, nienauczone, nieutrwalone będą ciążyć na dalszej edukacji dziecka, to nie lada zadanie. Nie jest wstanie robić tego dziecko bez rodzica i to zaznaczam takiego rodzica, który  pamięta czego sam się uczył, wie na co zwrócić uwagę a co w dalszych latach nauki wraca nieubłaganie.
Inaczej ujmując, a  jest to najpoważniejsza wada, podręcznik nie jest PRZEWODNIKIEM po poszczególnych szczeblach wiedzy. Nie stanowi źródła dla ucznia, który  musi SIĘGNĄĆ do materiałów jeśli nie zdąży zrozumieć na lekcji, jeśli musi przyswoić lekcję w domu lub jeśli zwyczajnie czegoś zapomni. Wertowanie, by znaleźć potrzebną informację po tych jarmarcznych stronicach jest karkołomne. Najbliższym źródłem wiedzy jest wtedy rodzic i z niego uczeń korzysta.
Jaki jest tego efekt? Bardzo przygnębiający. Gdy dziecko przekracza kolejne progi edukacji, czyli  wchodzi w klasy 4-6 i dostaje podręczniki do danego przedmiotu  to okazuje się, że nie potrafi samodzielnie z nim pracować. A sugestie rodzica "przecież jest to w podręczniku, tylko doczytaj" lub "powinnaś znać swój podręcznik" brzmią dla dziecka jeszcze przez parę lat jak obcobrzmiące terminy. Brak samodzielności wypracowany takim systemem nauczania przez Państwa przez te pierwsze lata nauki długo ciąży na dalszej edukacji.
 
                Sytuację mogłyby poprawić zeszyty przedmiotowe. Niestety nie są prowadzone w ten sposób, by uwypuklały te zagadnienia, które bez wątpienia powinny być przez ucznia przyswojone.  Zeszyt, który kiedyś standardowo stanowił źródło wiedzy i wart był zatrzymania, by sięgnąć do niego, dziś nie jest nośnikiem wiedzy na dalsze lata, ba! nawet do najbliższego testu.
 
                2. Weryfikacja wiedzy.
 
                Wadą jest brak sprawdzianów, klasówek i dyktand.  Sprawdziany są tylko z arytmetyki, resztę luki zapełniają testy sprawdzające, raz w miesiącu.
 
                Takie sprawdziany/klasówki  w wąskich zakresach tematycznych to pierwszy przekaz w sposób BEZPOŚREDNI do ucznia czego nauczyciel wymaga, a w zasadzie bez jakich umiejętności uczeń w dalszej drodze edukacji się nie obędzie. Efekty tego sprawdzianu od razu trafiają do ucznia, następuje uświadomienie czego należy się douczyć i również powinny od razu trafić do rodzica, który w wypadku złej oceny jak najbardziej powinien wkroczyć i pomóc w przygotowaniu do poprawki. Uczeń przy takim sposobie weryfikacji wiedzy jest na bieżąco z tego co się od niego wymaga. I odbywa się to na poziomie nauczyciel-uczeń. Przeciętny uczeń jest wstanie już po klasówce powiedzieć co umiał, a co poszło źle.
 
                Tymczasem testy robione raz w miesiącu ze wszystkiego czyli z wiedzy polonistyczno-matematyczno-przyrodniczo-muzyczno-plastycznej nie dają uczniowi szansy by ten zrozumiał czego i po co się coś od niego wymaga. Nie dość, że uczeń sam się do nich nie przygotuje (z uwagi na to o czym pisałam w  pkt.1), to nie jest wstanie po teście powiedzieć co na nim było i co mógł zrobić źle. Jest to jakaś abstrakcja dla ucznia, bo test nie łączy takich etapów jak przekaz nauczyciela na lekcji z zagadnienia wraz z  przerobieniem go w podręczniku/zeszycie,  utrwaleniem w domu i sprawdzeniem ze znajomości zagadnienia w szkole. Wiedza z tego co jest ważne i może być na teście przekazywana jest w domu przez rodzica, czyli poza relacjami nauczyciel-uczeń. W dodatku sprawdzone testy są dostępne tylko w szkole, rozłożony zostaje czas pomiędzy samym testem a sprawdzeniem i efektem końcowym, który pozna rodzic jeśli ma czas pofatygować się do szkoły. Kolejny materiał jest tymczasem przerabiany, a zaległości, niedociągnięcia nawarstwiają się."
 
Kazano mi iść ze sobą do psychologa bo chciałam by dziecko wiedziało jak to jest odpowiadać przy tablicy.
 
Mankamenty szkoły przenoszone są do domu, a po części problemy w nauczaniu załatwia się dysfunkcjami. Często pada stwierdzenie, że to rodzice wykorzystują. NIE. Rodzic często słucha nauczyciela, którego traktuje jak specjalistę w tym co robi, a to właśnie nauczyciele szukają furtki, i gdy dziecko nie odnajduje się w chaosie roku 1-3 szkoły sugerują rodzicom by udały się do poradni.  Ja byłam o dysfunkcję nagabywana przez trzech nauczycieli, a jedna sugerowała mi  bym udała się do psychologa bo za ostro podchodzę do nauczania i dziecko moje jest stłamszone przez moje ambicje. A ja ją tylko prosiłam by co jakiś czas wywoływała moje dziecko do tablicy, bo nie może trzeci rok nie wiedzieć co to jest stać i odpowiadać pod tablicą. Dowiedziałam się, że dziecko samo musi dojrzeć do zgłaszania się do odpowiedzi i TO JEST SZKOŁA?!

To system robi z nich dzidziusiów nie do tknięcia, pod płaszczykiem bezstresowego nauczania, dysfunkcji. TO JA PRÓBUJĘ PRZED TYCH CHRONIĆ DZIECKO i to ja mam pod górkę u, pożal się Boże, nauczycieli.
 
Trzy pierwsze lata edukacji są do chrzanu, a ich skutki nie do odrobienia w dalszych latach. Nie zgadzam się na wcześniejszą edukację dzieci, bo to nie jest system EFEKTYWNEGO nauczania, o dostatecznym poziomie jakości by to miało przynieść pożądane skutki. W tym układzie jak to wygląda obecnie dzieci posłane do szkoły wcześniej wyjdą gorzej wyedukowane.

0
10302 liczba odsłon

Autor artykułu: Angelika Guja

19 (liczba komentarzy)

  1. avatar

    Rzecz dotyczy wnuka. Nauczycielka, która prowadzi ich klasę, jest doświadczonym pedagogiem i uczyła także w poprzednim systemie. Ona mówi, że z tabliczką mnożenia wchodzi się rok później w zakresie  do 30. Do 100 jeszcze rok później. Czyli nie ma żadnego przyspieszenia.
    Ważne jest pisanie, ale nie co, tylko jak. W przypadku niektórych dzieci 6 letnich rzecz może być trudna, bo ręka nie jest jeszcze sprawna. To się wyrówna później. Na razie w domu nagradzamy Janka za postępy sensu lato. Żeby się nie zniechęcił.

    Tu chyba chodzi o edukację do poziomu leminga. Termin jak u nas, ale chyba w Europie chodzi o to samo. Obywatel łatwy do prowadzenia i nie wymagający. W razie zagrożenia nie organizujący obrony, nie wymagający niczego od ludzi płatnych za opiekę (policji). Pożądany jest natomiast udział w marszu przeciw przemocy.
    Droga koleżanko – trudności w zrozumieniu polecenia źle rokują. Jako leming Pani synek będzie nisko w hierarchii.

  2. celowy podział na 3 grupy szkoły obowiązkowej 1-3, 4-6 i gimnazjum. Każda grupa sobie, bez jakiejś harmonijnej kontynuacji. Kupy się to nie trzyma, stąd efektywność systemu fatalna.

    Syn nie jest łatwym dzieckiem do nauki. Ale system wzmaża  problemy i zostawia mnie z nimi. Nie pomaga w sensowny sposób. No, daje furtki z dysfunkcjami ale ja z tych glejtów ( a wiem, że nie są konieczne) nie zamierzam korzystać, bo gdy dorośnie zderzenie z rzeczywstością (gdy tych glejtów braknie) byłoby szokiem. Ileż to razy mi mówiono: będzie miał lepsze oceny!  A ja wolę, żeby wiedział iż na dobrą ocenę trzeba sobie zapracować a taka ocena pozbawiona fałszu jest cenniejsza, uczciwa wobec niego samego przede wszyskim.

    A czy będzie lemingiem? To kwestia bycia poddatnym manipulacjom. Ja przygotowuje grunt by temu zapobiec. Tyle ile mi się uda, to jego dobro, a mój sukces wychowawczy. Zobaczymy.

  3. Nie wiedziałem że jest aż tak. Nauka początkowa polega na wypełnianiu czegoś w rodzaju testów na prawo jazdy w których trzeba odgadywać intencję twórcy testu, a nie wykazać się wiedzą?
    W takim razie im później dzieci wejdą w ten system tym mniej zgłupieją.

  4. avatar

    Ale tak właśnie rzecz widzimy. Można żłobek nazwać szkołą i przyjmować tam dzieci roczne. Ale trzeba wiedzieć, co im serwować.
    Druga sprawa. Dziecko poszło do szkoły, bo wszyscy poszli. Ja sobie poradzę z tuskami i kluzikami i europą, ale z grupą rówieśniczą nie wygram.
    K…….. mać.

  5. aha, grupa rówieśnicza...Moja grupa uważa że Komorowski jest fajny.

  6. avatar

    może mają rację, co się będziesz na ostracyzm narażał. Albo zmień grupę.

  7. to widzę. Nie ma sensu przyspieszać, bo to jest wcześniejsze zetknięcie dziecka z patologicznym systemem. Niestety mało się porusza tematu patologii klasy 1-3, często mówi się zlikwidować gimnazja. Też jestem za, ale należy również przywrócić formę nauczania w najmłodszych klasach, która obowiązywała za naszych czasów. Marzenie! Póki co pozostaje walka o te sześciolatki, zdaje się też daremna.

  8. avatar

    Z przepisaniem wątku z POLIRTCZNE do SPOŁECZNOŚĆ. W Politycznych tyle się teraz dzieje, że taki tekst znika po 4 dniach. A jest ważny. Bo „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”- (cytat przypisywany wszystkim)
    Należy wiedzieć, czemu sprzeciwiamy się tym jakże słusznym postulatom, co i tak staną się obowiązującymi prawami, ani się obejrzymy.
    ( jak przeciwdziałanie przemocy w rodzinie – do tej pory dozwolone ??? ).  Ani się obejrzymy, jak zaczną obowiązywać prawa, które nas wyzują z podmiotowości. 

  9. avatar

    Wywiad z prof. Edytą Gruszczyk – Kolczyńską GW 13-03-2015

    Nie jest tajemnicą i nie od dziś wiadomo, że w Polsce od wielu lat nie uczy się matematyki. Bo nie ma po co(?) Zachodzę w głowę, co się na miłość Boską stało? Kiedyś matematykę się lubiło, albo nie, ale jakiś tam kurs każdy przechodził. Były egzaminy z tego przedmiotu na każde studia techniczne, co to się inżynierem zostawało. Tu nie chodziło o jakieś zaawansowane cudeńka, tylko o pewne prawidła, metodę rozumowania, o ułożenie jakiegoś porządku na którym można będzie oprzeć dalszą naukę. A co z nowym programem i obniżeniem wieku szkolnego ? Jest gorzej. Serio.

    „Już w pierwszej klasie zostają zaprzepaszczone są zdolności dzieci ich zainteresowanie tą nauką” Sześciolatki dostały program zintegrowany, inaczej groch z kapustą. Program nauczania musi uwzględniać możliwości poznawcze. Wytwarzają się bowiem schematy intelektualne, którymi dzieci będą się posługiwać.

    Szczegóły tu :
    http://wyborcza...
    Naprawdę warto przeczytać.

    Wiem, że w niektórych krajach obowiązek szkolny zaczyna się wcześnie – np. w Izraelu, ale chyba stosowane są tam inne metody – co bardzo być może, bo poznać to można po owocach ich, jakże innych niż nasze.

  10. sprawdzę jeszcze ...
    natomiast w Anglii czy gdzie tam jeszcze jest w wieku 5 lat to jest zwykłe nasze przedszkole w dodatku na dość żałosnym poziomie ... sądząc po doniesieniach znajomych nauczycieli pracujących tamże ...

  11. avatar

    Się dobrze przekłada na powodzenie życiowe Izraelitów. 
    Mówiło się, że dawniej szkoły właśnie uczyły kucia na pamięć, a nowoczesne nauczają myślenia. Jednak, moim zdaniem rzecz polegała na nauczycielu. Jeden wymagał wykucia, drugi na opanowanym materiale wykłady rozwijające myślenie prowadził. W końcu kilka tych wynalazków zostało zrobione przed reformą oświaty, co to uczy rozwiązywać testy.
    Nie odsyłam, bo nie chcę katować, ale Gomulicki czy Hertz na ten temat pisali.

  12. Onegdaj czytałam o absolwentach klasycznych szkół/koledży w USA (doborowa kadra, bardzo wysoki poziom, łacina, greka, filozofia) ... 
    Obsadzani na najwyższych stanowiskach, również biznesowych, ponieważ "potrafią myśleć, argumentować, wypowiadać się".

    O jakiej konstuktywności można mówić jeśli nie ma podstaw do wyciągania wniosków?

    PS. Znajomy doktor na wydziale Informatyki pomniejszego uniwersytetu zwierzył mi się, że dla studentów I roku organizuje się "zajęcia wyrównawcze" z matematyki !!!

  13. czytałam, że punktem wyjścia do tworzenia obecnych podręczników klas 1-3 jest jakiś temat na przykład jesień, i do tego tematu dorabia się wiedzę z gramatyki, matematyki. Stąd utopienie istotnej wiedzy w wyszukaną, kolorową formę. Dzieci mają nie wiedzieć, że się uczą. Paranoja.

    Szkoda, że tych informacji z zalinkowane wywiadu nie znałam lata temu. Do swoich wniosków doszłam za późno.

  14. avatar

    I wnuczka jest już stracona. O wnuka walczymy.

  15. avatar

    Wczoraj zauważyłam. Na szarym pasku w tekście jest link Uczymy prawdziwej matematyki. Że niby taki dwugłos mamy. To jest właśnie ta nowoczesność, która wychowała te wszystkie roczniki „humanistów”

    "Zorientowanej na analizę, syntezę, strategię, myślenie i głębokie przetwarzanie. W dorosłym życiu dzieciom nie przyda się to, że nauczą się szybko dodawać i odejmować. Ale przyda się np. dostrzeganie prawidłowości - mówi Agata Ludwa, autorka matematycznej części rządowego podręcznika". Kogo uczymy? sześciolatki? Bełkocik.

    Cały tekst: http://wyborcza.pl/1,75478,17203692,Uczymy_prawdziwej_matematyki.html#ixzz3URjxcGQe

  16. jest identyczna nowomowa jaką mnie serwowały nauczycielki. Co ciekawe obie wyrosły w starym systemie, ja nie wiem ale ten bełkot chyba mają z jakichś szkoleń. Ja dzieciom w domu musiałam tłumaczyć co to czasownik, rzeczowik, uczyłam zadań z jedną niewiadomą i wyprowadzania by mogły zadania z tekstem rozwiązać, a w szkole: prace w grupach, burze mózgów itp. Syn przychodził skołowany i nie był wstanie powiedzieć co było przerabiane. Raz nauczycielka stwierdziła, że będzie uczyć dzieci asertywności, żeby nauczyć je mówić "nie". Ha, ha, na szczęście jeden przytomny rodzić uprzytomnił jej by nauczyła dzieci mówić "tak".

    Nie ogarniam faktu, jak ludzie rozumni, zwłaszcza ci ze starego systemu, dali się przekabacić na te absudy.

  17. avatar

    Zaczęli mówić już pół wieku temu, uczniowie wtedy o tym marzyli, jako o nowoczesności. Weszło później i moim zdaniem się nie sprawdziło. Może dlatego, że to trzeba umieć z dziećmi poprowadzić.

    Z tą asertywnością, to mnie powaliło :)

  18. avatar

    Jak widzę, wygasło. Zapewne temat za mało efektowny. To ja już tylko jeden, ostatni raz. Bo mnie chodzi o to, by sformułować argumenty i postarać się przeciwdziałać tam, gdzie się da.

    Pisząc szczegółowo o nauce matematyki, tylko pozornie odbiegamy od tematu „Dlaczego nie dla obniżenia wieku szkolnego”. Jeżeli założymy, że te kretyństwa, które są forsowane, zaburzają rozwój umysłowy, którego kluczowy, początkowy etap  przebiega w wieku 6 – 7  lat, to pozostawienie dzieci w domach jeszcze rok, w którym nauczą się liczyć na palcach może uratować chociaż część z nich.
    Spustoszenie jest czynione od lat, a zeszłoroczne objęcie obowiązkiem szkolnym sześciolatków jest tylko „dalszym doskonaleniem” systemu już stosowanego (dalszym doskonaleniem za komuny  nazywano kontynuację upadlania narodu)
    Pozostawienie dzieci w domach, pod opieką rodziny na ten rok da dziecinne liczenie na palcach, dzielenie się cukierkami: jeden dla mnie, drugi dla ciebie, odliczanie sylab przy zabawie w chowanego „Siedzi baba na cmentarzu, trzyma nogi w kałamarzu…”  itp, słowem powstanie poczucia sensu, wokół którego dziecko będzie układać sobie sposób myślenia i wyciągania wniosków.
    Tylko, żeby te dzieci, pozostawione w domach nie spędzały czasu przy tabletach i grach komputerowych, bo wtedy g…  z tego buntu wyjdzie. Ktoś musi je wyprowadzać na place zabaw i dyskretnie dozorować. Trzepaka już nie ma. A dozorować trzeba, bo te gówniarze bawią się tak, jak widzą w Internecie i sami zinterpretują. Może to się kiedyś ustabilizuje, Ale na razie jest to, co jest.

    Cała moja pociecha, że ja tego nie dożyję.

  19. dla sześciolatków w szkołach bo:

    system edukacji dla klas 1-3, zarówno pod  względem edukacji jak i wychowania w szkole (dyscypliny) jest systemem wadliwym, więc wpuszczenie wcześniejszego rocznika odbija się niekorzystnie na edukacji i wychowaniu dziecka.
    Wadliwy bo nie stanowi harmonijnego systemu nauczania z późniejszymi latami w szkole. Jest wręcz oderwany od nich, dlatego ciężar wszelkich wad systemu spada na rodzica, na nauczyciela w ogóle. Bystrzacha przeźliżnie się bez zmrużenia oka, jak w każdym systemie. Natomiast przeciętne dziecko i te mniej przeciętne ma pod górkę i większą przepaść do pokonania pomiędzy klasami 1-3 a czwartą klasą. Teraz młodsze dzieci będą musiały poradzić sobie z pokonaniem przepaści czwartej klasy, a właściwie ich rodzice.

    Ten brak harmomi wynika z kolei z nacisku na formę przekazywania wiedzy a nie na to co się przekazuje, do tego dochodzi dowolność w doborze godzin przez nauczyciela nad przedmiotami oraz delikatne traktowanie uczniów klas 1-3, by się nie przestraszyły szkoły. Przecież 20 lat temu dzieci były tak samo zdolne, a nauczyciele byli tak samo pracowici czy leniwi, czy  z pasją lub bez pasji. To system powoduje, że nauczanie jest nieefektywne a poziom przeciętnego ucznia spadł, co pokazą dalsze lata nauki. Dawny kierat nauczania był wstanie wydusić z uczniów i nauczycieli więcej niż dzisiaj.