Reforma oświaty w odcinkach (Naprawdę fajny tytuł, nic że zapożyczony)
Dziś odcinek 2. o zatrudnianiu, zwalnianiu i wynagradzaniu.
Ostatnie kilka lat przed reformą (do tych porównuję, bo te pamiętam) „mianowanie” na nauczyciela bardzo często wyglądało tak, że wystarczyło się trzy lata poobijać za biurkiem, zrobić dwie gazetki ścienne, dostać angaż na stałe bo był wolny etat – i już było się nie do ruszenia. Można się obijać do końca życia. I jak ktoś bardzo chce, to obija się do dziś. Wylecieć da się praktycznie tylko za wódę, o ile koleżanki lub rodzice zaproszą policję z alkomatem, czasem dzieje się to z inicjatywy dyrektora, ale ja znam tylko jednego takiego szefa i tylko jeden taki przypadek. Jak rodzic miałby wyczuć że nauczyciel jest pod wpływem, skoro połowa tatusiów i całkiem spora grupka mamuś przychodzi na wywiadówki „po piwie” – nie mam pojęcia. Co zresztą jest bez większego znaczenia, ci trzeźwi też by nie pisnęli, jeszcze by dziecku zaszkodzili… O piciu teoretyzuję, bo ta jedyna którą znałam wyleciała wiele lat temu, za to jeśli nauczyciel nie pije a bije tak, że nie zostawia śladów – może uczyć.
Reforma Handtkego teoretycznie dawała dyrektorom możliwość wykorzystania drugiego narzędzia do pozbywania się najbardziej nieudolnych pracowników – artykuł 20. Niestety nie dało się nim pozbyć wszystkich pacanów, co nader słusznie zauważyła moja koleżanka po fachu. Co gorsza, pozbyto się często nie tych, co trzeba. Art.20 mniej więcej polegał na tym, że reorganizująca się placówka(podział na podstawówkę i gimnazjum, łączenie szkół, likwidacja) nie dysponując etatem dla nauczyciela wypłacała mu roczne pobory na otarcie łez i dziękowała za współpracę. Warunek – nie dysponuje etatem. To słowo jest magiczne. Dzięki art. 20 sporo emerytów dostało za odwagę przejścia na emerytury miłe portfelowi i w pełni zasłużone prezenty, ich etaty przejęły młodsze koleżanki niezależnie od poziomu swoich umiejętności. Siekierkę na kijek się zamieniało, ale szef nie miał wyboru – emeryci na emerytury, chętni na etaty, a jak się nie nadają to mają parę lat na uzupełnienie kwalifikacji. Rzuciły się na studia, to fakt, bo straciłyby te etaty, ale te studia musiały się mocno dopasować do ich poziomu, skoro każda skończyła. Papier się zgadza. Bo etat w oświacie, to jest, moi drodzy, rzecz święta i związki zawodowe będą go bronić do krwi ostatniej. Drugą świętością był do niedawna papier, ale tu na szczęście zauważono, że coś jest z nim nie tak, skoro papier jest, a rzeczywistość skrzeczy.
Ulepszyć art. 20 można bardzo prosto – placówka nie jest zadowolona z wyników pani/pana pracy – dziękuje za współpracę. Albo brutalniej - mamy lepszego kandydata. Pewnie, że dyrektor powinien mieć porządne uzasadnienie takiej decyzji, a wcześniej komunikować ostrzeżenie o takim zagrożeniu. Nie jest trudno udowodnić nierobowi nieróbstwo, byle się chciało to zrobić. Ja to mogę od ręki szefowi wstępnie wyselekcjonować kiedy tuż po dzwonku kończącym lekcję udzielam dodatkowych wyjaśnień, składam wykorzystane materiały i wysłuchuję opowieści o psotach ukochanego chomika, a kątem oka przez okno widzę moje koleżanki pospiesznie wyjeżdżające z parkingu. Kiedy na Boga zdążyły się ubrać i zejść po schodach?
Nie jest też trudno wyselekcjonować najlepszych – o jednym z pomysłów (nie moim, ale mam zgodę na publikację:) ) napiszę w następnym odcinku, tu już się nie zmieści. Istnieje zagrożenie usuwania „niewygodnych” w celu przyjmowania do pracy kuzynek burmistrza, ale to już kwestia mierzalności wyników pracy nauczyciela(da się zmierzyć bez rewolucji) i weryfikacji samych dyrektorów poprzez zmierzenie wyników pracy szkoły (też da się, dość precyzyjnie) generowanych rzecz jasna przez kompetentnych pracowników. Prosty bat nad dyrektorem, któremu jeśli zależy na własnym stanowisku i na własnej pensji, to będzie musiało zależeć na utrzymaniu i pozyskaniu jak najlepszych nauczycieli. Wystarczyłoby jego pensję i jego stanowisko uzależnić od wyników pracy placówki i już prawie bylibyśmy w domu.
A istnieją metody pomiaru wyników pracy placówki oświatowej uwzględniające tzw. czynnik środowiskowy (czyli np. jaka to dzielnica i kto tam mieszka) i są ludzie, którzy potrafią taki pomiar precyzyjnie przeprowadzić. Wiem, że to banały. Tylko czemu nierealne?
I oto mamy prostą zasadę zatrudniania. Nauczyciel powinien podpisywać kontrakt na 3 do 5 lat, po tym czasie jego praca powinna być oceniana, weryfikowana i wyceniana. Niezależnie od tego czy jest mianowany, dyplomowany czy kontraktowy. Ale ten zaangażowany, z osiągnięciami i pasjonat powinien też móc negocjować pensję. Na przykład tak:
- Jeśli zależy panu dyrektorowi na mojej dalszej u pana pracy, proszę o podwyżkę w kwocie xxx miesięcznie. W „dwójce” oferowali mi xyx, ale po starej znajomości te 200 panu opuszczę. Na razie. Co nowego proponuję w zamian za podniesienie poborów? Oto moje propozycje…
- Pani Aniu, punkty 1 i 3 wstępnie akceptuję i proszę o szczegóły, pozostałymi nie jestem zainteresowany, ale pani oferta warta jest dla mnie tylko yxy zwłaszcza, że pani Kasia oferowała za tę kwotę jeszcze….
No dobra, pomarzyłam, teraz najsłabsze ogniwo mojej reformy – dobór dyrektorów. Burmistrzowi powinno, jak na niczym, zależeć na jakości oświaty w jego gminie. Każdy z nich tak się przecież troszczy o swoją małą ojczyznę, że już o dużej nie wspomnę, paszcze pełne frazesów. Narzędzie, ułomne bo ułomne, ale burmistrz ma – może nie przedłużyć dyrektorowi kontraktu, a organizując konkurs może chcieć wybrać najlepszego kandydata, niekoniecznie po linii partyjnej – rodzinnej – towarzyskiej.
I tu już grzęznę i reforma mi się sypie, nie mam pomysłów, poza jednym. Jak sobie wyegzekwujecie od Waszego burmistrza większą troskę o jakość oferty oświatowej w gminie? No cóż, to w końcu Wasze dzieci i Wasze podatki. A reformy administracji publicznej nie podejmuję się, nie podołam.
Ale mam na koniec tego odcinka budujący przykład.
Nauczyciel przedmiotu X, w cywilu mąż pani dyrektor z sąsiedniej szkoły, chamski, złośliwy i niekompetentny skurwiel, który powinien pracować jak najdalej od dzieci, niektóre dostawały ze strachu gorączki już na dzień przed lekcją z tym panem. Wywiadówka, skargi rodziców, reakcja zaciskającej pięści wychowawczyni od wielu lat ta sama:
– Przygotujcie państwo skargę na piśmie, szczegółowo opiszcie i umotywujcie zarzuty, zbierzcie podpisy. Wasze pismo bezzwłocznie przekażę dyrektorowi, burmistrzowi, kuratorium. Zażądajcie tylko zmiany nauczyciela, ja to popchnę dalej i dopilnuję ścieżki, tyle mogę...
Wierzcie mi, przez wiele lat nie znalazł się taki, który by machnął pisemko i zebrał podpisy.
O ileż prościej było narzekać… Ale wystarczyła jedna kuratoryjna kontrola i jedna anonimowa ankieta przeprowadzona przez panią „kontrol” wśród uczniów, żeby dyrektor potrafił znaleźć sposób by skutecznie przypomnieć panu X podstawowe zasady kindersztuby.
Jak? Pojęcia nie mam. Wiem, że to i tak za mało, facet się zwyczajnie nie nadaje do tej roboty.
Ale wiem też, że przez kilka lat na nic się zdawały ustnie przekazywane przez wychowawców skargi dzieci i rodziców oraz upominanie pana X przez jego kolegę pana dyrektora. Jedno pisemko. Papier ma jeszcze trochę mocy, korzystajcie.
Co by było, gdyby się nie dało? No cóż, dyrektor wykazałby się niekompetencją, a pani „kontrol z kuratorium” przyjedzie za jakiś czas z drugą ankietką. Niekompetencja w papierach dyrektora mocno utrudni burmistrzowi przedłużenie mu umowy „z automatu” , nie jest to też dobra karta przetargowa podczas kolejnego konkursu…
Czyli – jest trochę lepiej, ale wciąż nie za dobrze . W następnym odcinku będzie o doborze naturalnym i awansie zawodowym.
Ostatnie kilka lat przed reformą (do tych porównuję, bo te pamiętam) „mianowanie” na nauczyciela bardzo często wyglądało tak, że wystarczyło się trzy lata poobijać za biurkiem, zrobić dwie gazetki ścienne, dostać angaż na stałe bo był wolny etat – i już było się nie do ruszenia. Można się obijać do końca życia. I jak ktoś bardzo chce, to obija się do dziś. Wylecieć da się praktycznie tylko za wódę, o ile koleżanki lub rodzice zaproszą policję z alkomatem, czasem dzieje się to z inicjatywy dyrektora, ale ja znam tylko jednego takiego szefa i tylko jeden taki przypadek. Jak rodzic miałby wyczuć że nauczyciel jest pod wpływem, skoro połowa tatusiów i całkiem spora grupka mamuś przychodzi na wywiadówki „po piwie” – nie mam pojęcia. Co zresztą jest bez większego znaczenia, ci trzeźwi też by nie pisnęli, jeszcze by dziecku zaszkodzili… O piciu teoretyzuję, bo ta jedyna którą znałam wyleciała wiele lat temu, za to jeśli nauczyciel nie pije a bije tak, że nie zostawia śladów – może uczyć.
Reforma Handtkego teoretycznie dawała dyrektorom możliwość wykorzystania drugiego narzędzia do pozbywania się najbardziej nieudolnych pracowników – artykuł 20. Niestety nie dało się nim pozbyć wszystkich pacanów, co nader słusznie zauważyła moja koleżanka po fachu. Co gorsza, pozbyto się często nie tych, co trzeba. Art.20 mniej więcej polegał na tym, że reorganizująca się placówka(podział na podstawówkę i gimnazjum, łączenie szkół, likwidacja) nie dysponując etatem dla nauczyciela wypłacała mu roczne pobory na otarcie łez i dziękowała za współpracę. Warunek – nie dysponuje etatem. To słowo jest magiczne. Dzięki art. 20 sporo emerytów dostało za odwagę przejścia na emerytury miłe portfelowi i w pełni zasłużone prezenty, ich etaty przejęły młodsze koleżanki niezależnie od poziomu swoich umiejętności. Siekierkę na kijek się zamieniało, ale szef nie miał wyboru – emeryci na emerytury, chętni na etaty, a jak się nie nadają to mają parę lat na uzupełnienie kwalifikacji. Rzuciły się na studia, to fakt, bo straciłyby te etaty, ale te studia musiały się mocno dopasować do ich poziomu, skoro każda skończyła. Papier się zgadza. Bo etat w oświacie, to jest, moi drodzy, rzecz święta i związki zawodowe będą go bronić do krwi ostatniej. Drugą świętością był do niedawna papier, ale tu na szczęście zauważono, że coś jest z nim nie tak, skoro papier jest, a rzeczywistość skrzeczy.
Ulepszyć art. 20 można bardzo prosto – placówka nie jest zadowolona z wyników pani/pana pracy – dziękuje za współpracę. Albo brutalniej - mamy lepszego kandydata. Pewnie, że dyrektor powinien mieć porządne uzasadnienie takiej decyzji, a wcześniej komunikować ostrzeżenie o takim zagrożeniu. Nie jest trudno udowodnić nierobowi nieróbstwo, byle się chciało to zrobić. Ja to mogę od ręki szefowi wstępnie wyselekcjonować kiedy tuż po dzwonku kończącym lekcję udzielam dodatkowych wyjaśnień, składam wykorzystane materiały i wysłuchuję opowieści o psotach ukochanego chomika, a kątem oka przez okno widzę moje koleżanki pospiesznie wyjeżdżające z parkingu. Kiedy na Boga zdążyły się ubrać i zejść po schodach?
Nie jest też trudno wyselekcjonować najlepszych – o jednym z pomysłów (nie moim, ale mam zgodę na publikację:) ) napiszę w następnym odcinku, tu już się nie zmieści. Istnieje zagrożenie usuwania „niewygodnych” w celu przyjmowania do pracy kuzynek burmistrza, ale to już kwestia mierzalności wyników pracy nauczyciela(da się zmierzyć bez rewolucji) i weryfikacji samych dyrektorów poprzez zmierzenie wyników pracy szkoły (też da się, dość precyzyjnie) generowanych rzecz jasna przez kompetentnych pracowników. Prosty bat nad dyrektorem, któremu jeśli zależy na własnym stanowisku i na własnej pensji, to będzie musiało zależeć na utrzymaniu i pozyskaniu jak najlepszych nauczycieli. Wystarczyłoby jego pensję i jego stanowisko uzależnić od wyników pracy placówki i już prawie bylibyśmy w domu.
A istnieją metody pomiaru wyników pracy placówki oświatowej uwzględniające tzw. czynnik środowiskowy (czyli np. jaka to dzielnica i kto tam mieszka) i są ludzie, którzy potrafią taki pomiar precyzyjnie przeprowadzić. Wiem, że to banały. Tylko czemu nierealne?
I oto mamy prostą zasadę zatrudniania. Nauczyciel powinien podpisywać kontrakt na 3 do 5 lat, po tym czasie jego praca powinna być oceniana, weryfikowana i wyceniana. Niezależnie od tego czy jest mianowany, dyplomowany czy kontraktowy. Ale ten zaangażowany, z osiągnięciami i pasjonat powinien też móc negocjować pensję. Na przykład tak:
- Jeśli zależy panu dyrektorowi na mojej dalszej u pana pracy, proszę o podwyżkę w kwocie xxx miesięcznie. W „dwójce” oferowali mi xyx, ale po starej znajomości te 200 panu opuszczę. Na razie. Co nowego proponuję w zamian za podniesienie poborów? Oto moje propozycje…
- Pani Aniu, punkty 1 i 3 wstępnie akceptuję i proszę o szczegóły, pozostałymi nie jestem zainteresowany, ale pani oferta warta jest dla mnie tylko yxy zwłaszcza, że pani Kasia oferowała za tę kwotę jeszcze….
No dobra, pomarzyłam, teraz najsłabsze ogniwo mojej reformy – dobór dyrektorów. Burmistrzowi powinno, jak na niczym, zależeć na jakości oświaty w jego gminie. Każdy z nich tak się przecież troszczy o swoją małą ojczyznę, że już o dużej nie wspomnę, paszcze pełne frazesów. Narzędzie, ułomne bo ułomne, ale burmistrz ma – może nie przedłużyć dyrektorowi kontraktu, a organizując konkurs może chcieć wybrać najlepszego kandydata, niekoniecznie po linii partyjnej – rodzinnej – towarzyskiej.
I tu już grzęznę i reforma mi się sypie, nie mam pomysłów, poza jednym. Jak sobie wyegzekwujecie od Waszego burmistrza większą troskę o jakość oferty oświatowej w gminie? No cóż, to w końcu Wasze dzieci i Wasze podatki. A reformy administracji publicznej nie podejmuję się, nie podołam.
Ale mam na koniec tego odcinka budujący przykład.
Nauczyciel przedmiotu X, w cywilu mąż pani dyrektor z sąsiedniej szkoły, chamski, złośliwy i niekompetentny skurwiel, który powinien pracować jak najdalej od dzieci, niektóre dostawały ze strachu gorączki już na dzień przed lekcją z tym panem. Wywiadówka, skargi rodziców, reakcja zaciskającej pięści wychowawczyni od wielu lat ta sama:
– Przygotujcie państwo skargę na piśmie, szczegółowo opiszcie i umotywujcie zarzuty, zbierzcie podpisy. Wasze pismo bezzwłocznie przekażę dyrektorowi, burmistrzowi, kuratorium. Zażądajcie tylko zmiany nauczyciela, ja to popchnę dalej i dopilnuję ścieżki, tyle mogę...
Wierzcie mi, przez wiele lat nie znalazł się taki, który by machnął pisemko i zebrał podpisy.
O ileż prościej było narzekać… Ale wystarczyła jedna kuratoryjna kontrola i jedna anonimowa ankieta przeprowadzona przez panią „kontrol” wśród uczniów, żeby dyrektor potrafił znaleźć sposób by skutecznie przypomnieć panu X podstawowe zasady kindersztuby.
Jak? Pojęcia nie mam. Wiem, że to i tak za mało, facet się zwyczajnie nie nadaje do tej roboty.
Ale wiem też, że przez kilka lat na nic się zdawały ustnie przekazywane przez wychowawców skargi dzieci i rodziców oraz upominanie pana X przez jego kolegę pana dyrektora. Jedno pisemko. Papier ma jeszcze trochę mocy, korzystajcie.
Co by było, gdyby się nie dało? No cóż, dyrektor wykazałby się niekompetencją, a pani „kontrol z kuratorium” przyjedzie za jakiś czas z drugą ankietką. Niekompetencja w papierach dyrektora mocno utrudni burmistrzowi przedłużenie mu umowy „z automatu” , nie jest to też dobra karta przetargowa podczas kolejnego konkursu…
Czyli – jest trochę lepiej, ale wciąż nie za dobrze . W następnym odcinku będzie o doborze naturalnym i awansie zawodowym.
lzis - pozostałe wpisy
- 30 grudnia 2009 r.
Reforma oświaty w odcinkach ( Fajny, fachowy tytuł)
W pierwszym odcinku będzie tradycyjna apostrofa, długi wstęp, przedstawienie postaci i tylko trochę konkretów, o szkoleniach. ->> - 17 grudnia 2009 r.
Fajnie jest bałwanieć do kwadratu?
Błogosławieni niech będą wszyscy, którzy przyczyniają się do eliminowania wszechwiedzących bałwanów z zawodu nauczyciela. ->> - 1 grudnia 2009 r.
Jak to z nami jest?
Gośka ma HIV, właśnie się dowiedziałam. Wypad do knajpki, koniak, później drugi, nastrój, szczerość za szczerość … wyrzuciła to z siebie. W pracy tylko ja o tym wiem, nie powiedziała nikomu więcej.->> - 30 listopada 2009 r.
NIC. Traktacik o niczym. Krótki
Tytułem wyjaśnienia - tytułowe nic to właśnie cały ten tekst – jego treść, jego temat, podtekst, przesłanie, morał i wydźwięk. To był wstęp, teraz już będzie samo gęste. ->>

