Tak sobie czasem myślę i
wtedy się strasznie dziwię, czego to sobie człowiek i człowiekowi
nie nie po myśli. Ale dosyć na dzisiaj, dziś nie myślę, dziś
wspominam.
Często wkładam Panu
Prezydentowi różne świństwa w usta i Pan Prezydent nie wyciąga z
nich żadnych konsekwencji; mam swoje powody, on zapewne też, rzadko
się z tego tłumaczę, tym bardziej on, spróbuję teraz przełamać
tę tradycję, tym chętniej, że on nigdy nie spróbuje.
Spróbowałby, nie musiałby być sobą; musiałby nie być sobą.
Kto się nie poddał, choć
raz przeczytał hagiografię Kaczyńskiego (jednego i drugiego, jeden
ch.., drugi się dopasował, albo na odwrót) na tym blogu, ten wie,
że rodzeństwo jest tutaj zdrowo usprawiedliwiane: jak nie wpadł
jeden bykowi w oko z otwartą na dojenie raną pod żyzne wymiono, to
drugi raz drugi przyłapał mamę na koncelebrowaniu wiewióry
bratem; jak już zaczęło się modlitwą goić i z trupem odpadać,
to przestało swędzieć i niestety nie poszło na swoje po rozum do
głowy, tylko zahaczyło ręką o szyję, tak w dodatku uporczywie,
że trza aż było lekiem obszyć - jednym zdaniem potężnych
rozmiarów katastrofa z solidnej dawki naocznie odczuwanej ''polskości''
(lekarstwa wciąż brak, recepty płatne z góry). Niczego tutaj nie
sugeruję, czudzysłów jest wyłącznie dla prawników.
Dlaczego o tym piszę? Aby
choć trochę (się) z prezydenta wytłumaczyć, pomóc mu w oczach
kontrowersyjnych wyborców. Albowiem ''...niewyobrażalnych wręcz
rozmiarów bezprecedensowa bezecność i nie mająca absolutnie
nowożytnych precedensów ohydna nikczemność haniebnie skierowana
jak zwykle wyłącznie w kierunku przeciwnemu Pałacowi...'' jest łatwiejsza do przełknięcia bez zbędnego
przelewu ropnej ślinki oraz nabiera wytłumaczalnego, ludzkiego charakteru,
gdy ktoś (a w tym przypadku nie żaden k.... ktoś, tylko JA
osobiście!) opowie prawdę o dramacie ze spóźnionego okresu
dzieciństwa, okresu bez śladów krwi - chyba żeby liczyć robiącą
za krew wymienioną wyżej zaślinioną flegmę - wspomni historię
bolesnego przesunięcia przegród nosowych przez zupełnie
akcydentalne spotkanie z workiem taty i jego spowiedników, czyli po
prostu i jakże ludzku da ramę do przecierania zdumionych oczu, ale
z tak upragnionym (przez obie strony) wspólczującym elementem.
Zwykły i zdrowy ludzki odruch wobec odruchów niekontrolowanych przez
schorzałego człowieka.
A pomyślcie sobie tylko
teraz (pomyślcie beze mnie, jak wyżej już przyznałem), co by
było, gdybym nie pokusił się o obrazkowe wytłumaczenie jelitowego
obłędu sięgającego po kłębki nerwów wzrokowych głowy państwa
(sięgającego zresztą wszystkim znacznie wyżej od ciągłego
zawieszania tej głowy na klamce publicznego szaletu), gdyby kłopoty
Kaczyńskich nie brały się z traumy bliskiego spotkania z wołem w
wielu bolesnych wcieleniach, lecz na przykład z tego, że kiedyś,
na przykład po wykładzie z głównych nurtów jedynego wtedy nurtu,
nie skapnął mu na odkrytego (niczego nie sugeruję, nie ma tu mowy
o przyjętym za jednym ciosem marskizmu ''polskim'' kszcie) ptaszka wosk z
romantycznej świeczki gorącego dziekana wydziału (bądź też
gorący wosk ze świeczki z romantycznego wydziału dziekana), lecz
po prostu usiadła mu mucha na spisanych z ust tezach, nawet nie
tłusta, nawet nie końska, po prostu mucha tak zwykła, że nawet
mucha nie siada.
Poczulibyście się wtedy
gorzej, co? Ciężko byłoby się pogodzić, że gość nie trzyma
pionu na odcinku rozwoju okrężnicy, tylko dlatego, że mu się
światło na przejściu zmieniło z zielonego nie na czerwone nawet,
lecz na żółte, a i z tym do końca nie wiadomo, bo tak jakby
nie umiało się do końca zdecydować, czy miga na stałe, czy też chwilowo tylko
Kaczyńskiemu.
Jaki koń jest każdy
(kto) widzi; nie każdy jednak, kto widzi, umie konia dosiąść,
jeszcze mniej potrafi dogonić i złapać za rogi, garstka ledwie
dostrzeże brak skrzydeł, z tej garstki garstka potrafi nimi
pomachać, może dwóch w trakcie nie odpadnie, jeden doleci, nikt
gdzie by chciał. Tak to z koniem bywa, jeśli ktoś nie zdążył
się przesiąść na reklamowaną nowoczesność.

Czemu o tym piszę? Czemu
epatuję narodowym kazirodztwem? Żeby ochłonąć, a zaraz potem
pokazać źródła pewnych kłopotów.
Wszystko zaczęło się od
werbla, jak prawie każda historia znakomitego gitarzysty. Werbel z
zestawem pałek kupił głuchy jak pień Dziadek, który jako jedyny z rodziny zauważył, że kilkuletni chłopiec stuka czym popadnie w co pod
ręką, a jak nie ma, to zębami. Twarda pałka w dłoniach perkusity
i naprężona błona to nieuchronny przepis na dziurę, nie trzeba
było długo czekać na katastrofę z stukania. Dziura była wielka i
nikomu nie sprawiła przyjemności. Karą był zakaz pałki.
Drugim razem, kilka
sporych lat później, obrośnięty dwunastolatek dostał od taty
gitarę elektryczną marki prawdziwy Kosmos. Kto zacz miał rozpacz na
niej grać, doskonale wie, że naprawdę kosmos do E=mc kwadratu,
kosmos radziecki od Uralu po samą czarną dziurę. Do gitary
ojcowską miłością zapomniano dołączyć struktur wzmacniających,
ale kto by zaglądał darowanemu w zęby i szukał okazji, żeby
złośliwie tatu dołożyć do pieca. Struna pękła, za karę
skończyła się znakomicie zapowiedziana kariera.
Komu zabrano gitarę, ten
potrzebuje radia, może udobruchany ojciec pożyczy. Pożyczył, i to
nie byle jakie, bo słuchano na nim głównie Wolnej Europy, na cały
regulator; niech sąsiedzi wiedzą, z kim esbecja trzyma. Radio miało
wykwintną i bardzo długą antenę, tak długą, że kopnięta
złamała się w dwóch miejscach. Za karę cisza i kolejny kamyczek
do traumy.
Komuna upadła,
przekształciła się w cudzy zysk, niczego nie trzeba było więcej
od genetycznych rodziców pożyczać; kto pracował, nie dojadał
(nie było widać), nie dosypiał (było), mógł w końcu nabyć na
raty marzenia Made in Zachód. Tylko, jak rozpakować roztrzęsionymi
łapami angielski wzmacniacz, skandynawskie kolumny, japoński (Made
in China) odtwarzacz? Jak to jak, szybko. Tyle czekania,
wystarczy. Kolumna potknęła się o nogę, która zabiła kiedyś
radio; upadła, zaczęła charczeć. Wzmacniacz się spalił. Się
spalił, bo na pewno nie ja, za bardzo tęskniłem.
Mógłbym jeszcze
wspomnieć pierwszą legalną - świeżo nabyty dowód i prawo
jazdy - wizytę w aucie (chyba gaz się zepsuł, naciskałem mocno,
bez odzewu. Wystraszony chciałem dojechać jak najdalej, jak
najbliżej domu, nie zważając ani na skrzyżowania, ani na ustąp
pierwszeństwa przejazdu. Ciach, wjechał w bok mi stary opel; i tak
miałem szczęście, za nim jechałała prawdziwa gwiazda, star. Samochód do kasacji, wraz
z karierą kierowcy), czy popisy piruetyczne przed kolegami (ceną:
górna jedynka; przyjaciel długo szukał, znalazł i wygrzebał
nienaruszoną ze śniegu. Klinika w Zabrzu przeprowadziła
pionierskie wstawienie, cieszyłem się potem odzyskanym zębem grubo
ponad dekadę), ale to zupełnie inne dolegliwości, te pozbawiły
mnie smaku do sportu i brawury, nie do techniki i majsterkowania.
Dziś, ze wszystkich prac
technicznych, począwszy od krojenia chleba, skończywszy na sobie,
wyręcza mnie Żona. Ale Żona kocha. Gorzej (ze mną), że w każdym
towarzystwie wyręczają mnie koledzy. O nic nigdy nie musiałem
prosić, mam to w oczach. Na osiedlu mojej młodości każdy chachar
- a były chachary, że ha - każdy, kto mnie znał, nie tylko
przyjaciele, wyrywał mi z rąk cokolwiek, co należało do moich
rówieśniczych obowiązków. W pracy tak samo. Nigdy nie musiałem
robić niczego, co wymagało pracy rąk, a mogło przy mojej okazji
przysporzyć niewyobrażalnych strat i niepotrzebnych kosztów. Nawet
nie oczekiwano rewanżu. Potęga litości.
A jestem przecież idealny chłopak.
Prawie nie piję, nie palę, nie oglądam meczów i często się za siebie... Niechaj będzie to przestrogą dla wszystkich Pań, szukających
wrażliwego poety. Może im się ziścić. Zapytajcie Żony. Mojej
Żony, jeszcze mojej; jak długo wytrzyma z takim artystą?

